Mirosław Kowalski - Jak na Belzebuba to jest pan w "Szalonej lokomotywie" za mało demoniczny
Marek Grechuta - Demoniczność nie musi się koniecznie kojarzyć z różkami i ogonem. Każdy człowiek, nawet najbardziej anielskiego wyglądu, może rzucać cień, który jest właśnie szatanem.
MK - Zgoda. Ale poszukiwanie takiego mrocznego cienia wydaje się czynnością w pana wypadku z góry skazaną na porażkę. Od czasu debiutu w TV utrwalił się pański obraz młodego, niewinnie wyglądającego chłopca, żarliwie spiewającego o miłości.
MG - Chce pan powiedzieć, że moje predyspozycje psychofizyczne, które wyraziły się w takich piosenkach jak "Serce" i "Niepewność", przeszkadazają mi w uzyskaniu innej, bardziej demonicznej postaci? Wtedy, przed laty zachwycony dwoma wierszami Nowickiego i Wiśniewskiej starałem się zaśpiewać "Serce" jak swoje, z pełną wiarą i żarliwością, żeby przekazać słuchaczom cały liryzm tej piosenki. Ale, jak się śpiewa 10 lat, to trzeba się trochę zmieniać. Zawsze zresztą marzyłem, żeby wykorzystać zdobyte na estradzie doświadczenia i zagrać kogoś zupełnie innego. Żeby zobaczono mnie w innym wcieleniu. Bo w śpiewaniu, tak jak i w każdej innej dziedzinie sztuki, ciągłe trwanie w tym samym budzi po prostu niedowierzanie...
MK - Zmienił pan repertuar, zmienił pan sposób spiewania i aranżację, ale zawsze był pan wierny poezji....
MG - Mój pierwszy okres - fascynacja poezją klasyczną - przeszedł w zainteresowania poezją poruszającą współczesność. Śpiewająć wiersze młodych poetów chciałem być ich trybunem. Później, kiedy zaczęło mi brakować pewnej koronkowości, ciepła i archaizacji, zainteresowałem się twórcą, który jest klasyczny, a zarazem współczesny - Witkacym. Zetknąwszy się z literaturą iberomareykańską uświadomiłem sobie, że poszarpana, odrealniona Witkacowska proza wyprzedza tak modny obecnie realizm magiczny, że jest to po prostu poezja. Najbardziej ekscentryczna poezja jaką śpiewałem, - ale na pewno poezja
MK - Śpiewanie poezji przyniosło panu popularność...
MG - Nie kokietuję publiczności, ale nie jest mi obojetna jej reakcja. To kwestia ambicji. Zależy mi na tym, żeby jak najwięcej ludzi zaakceptowało moją interpretację, moją muzykę, mój śpiew.
MK - Ludzie łakną poezji. Pięciotysięczna widownia, która na Festiwalu w Opolu śpiewała wraz z Jonaszem Koftą : "A gdy się milczy, milczy, to apetyt rośnie wilczy na poezję, co być może drzemie w nas", a później przez kilka minut skandowała pana imię - to dość mocny argument...
MG - Dobry wiersz potrafi często więcej powiedzieć niż cała powieść. Tylko poezja może tym wszystkim zagonionym w codzienności ludziom przypomnieć o pewnych sprawach. Mówić inaczej niż kącik porad, pomagać, ostrzegać, inspirować. Nie neguję, oczywiście muzyki popularniej, dyskotekowej. Taka rozrywka też jest potrzebna. Na co dzień, żeby się rozruszać i zrelaksować. Ale w tej pogoni codzienności, podczas dyskotekowego tupania przychodzi taka chwila, że człowiek chce posłuchać czegoś, co pobudza do marzeń i piękniejszych myśli. I w tym momencie zaczyna się moja misja. Śpiewając zapraszam do wspólnej zabawy w wyobraźnię, w poszukiwanie głębszych przeżyć i odkrywanie uczuć.
MK - Kim pan właściwie jest? Punktem usługowym, artystą, idolem?
MG - Pośrednikiem. Pośrednikiem między poetą a odbiorcą.
MK - Czy potrafiłby pan przestać pośredniczyć?
MG - Nie, nie potrafię sobie wyobrazić dnia, w którym nie mógłbym zaśpiewać. Chociaż - z drugiej strony - mój życiorys dowodzi, że wszystko jest możliwe. Przed ośmiu laty, bedąc na piątym roku architektury, mając absolutorium, zdecydowałem się rzucić studia. Parę miesięcy temu, w sytuacji, gdy nikt mi już tego nie wróżył, wróciłem i obroniłem dyplom. Powód był dośc prosty. Urodziłem się w Zamościu - mieście, które jest perłą światowej architektury - i chciałem się przyczynić do jego odrodzenia. Jako pracę dyplomową zrobiłem projekt Domu Muzyki w jednej z zabytkowych kamienic na Rynku. Obie uprawiane przeze mnie dziedziny - architektura i piosenkarstwo - fascynują mnie i nigdy jednej nie porzucę definitywnie dla drugiej
MK - Wybierając przed laty zawód wiedział pan z pewnością, że kariera piosenkarska łączy się z nieustającą presją publiczności, ciągłą rywalizacją i napięciem psychicznym. Żeby utrzymać się na fali musi pan śpiewać więcej, lepiej, inaczej.
MG - Nie jest tak źle. Mam swoją publiczność. I jeśli wywieszę w jakimś mieście afisz, to na koncert przyjdą ludzie doskonale sobie zdający sprawę z tego, co robię i jak śpiewam. Nie ma tych nieporozumień, jakie się zdarzały na początku, kiedy część widzów przychodziła na przeboje typu "Będziesz moją panią" i nie była przygotowana do odbioru kompozycji bardziej skomplikowanych.

MK - Ile razy pan śpiewał "Niepewność"?
MG - Co najmniej kilkaset.
MK - I za każdym razem przeżywał pan ten wiersz równo mocno?
MG - Chyba nie. Przy takiej wielokrotności występów, po wpadnięciu w rytm, w machinę publikatorów, profesjonalizacja jest nieunikniona. I znacznie trudniej przychodzi to ludziom, którzy, tak jak ja, traktują śpiewanie jako zabawę, jako pewną pasję, a nie jako sposób zarabiania pieniędzy.
MK - Czy potrafiłby pan zaśpiewać coś wbrew sobie? Jakiś głupawy tekst, na przykład?
MG - A czy pan potrafiłby zadawać mi głupawe pytanie, wbrew sobie?
MK - Sytuacja dziennikarza jest nieco inna...
MG - Właśnie. I dlatego wybrałem śpiewanie. Sam sobie jestem sterem, żeglarze, okrętem.
MK - Słowo sukces kojarzy się panu z niezależnością, z tym, że może pan śpiewać i robić co pan chce?
MG - Nie bardzo. Sukces to taka chwila, kiedy nagle, niczym promienie w ognisku soczewki, zbiegają się wokół mnie wszystkie najlepsze reakcje na to, co robię. Odnieść sukces to znaczy, przekonać ludzi do tej muzyki, tej poezji i tego wcielenia, które aktualnie prezentuję.
MK - Ostatni Festiwal w Opolu przejdzie chyba do kroniki jako festiwal Marka Grechuty. Opinie jurorów i publiczności były wyjątkowo zgodne. Piosenka "Hop, szklankę piwa" zajęła pierwsze miejsce, a przygotowane przez pana dwie debiutantki - Krystyna Janda i Teresa Iwaniszewska - ex aequo czwarte. Iwaniszewska o mały włos nie otrzymała poza tym nagrody dziennikarzy.
MG - W pewnym sensie był to w mojej karierze precedens. Do tej pory nie dawałem bowiem moich piosenek nikomu. Uważam, że niełatwo skomponować rzecz dobrą, przeto jeśli już taki utwór skomponuję, to chcę go śpiewać sam. Jestem o niego zazdrosny. Z okazji swojego jubileuszu postanowiłem jednak odpowiedzieć na dręczące niektórych pytanie: co będę robił za kilkanaście lat? Przygotowując dla Krystyny Jandy piosenkę, w której mogła pokazać swą ekspresję aktorską, i dla Teresy Iwaniszewskiej song, w którym mógł zabłysnąć w pełni jej talent wokalny, chciałem udowodnić, że gdy trzeba będzie odejść, potrafię znaleźć młodszych wykonawców i napisać dla nich odpowiednie utwory.
MK - Pańskie zwycięstwo w Opolu to także wspaniała reklama dla musicalu "Szalona lokomotywa".
MG - Reklama spektaklu jest w głównej mierze zasługą Krzysztofa Jasińskiego. Ludzie wiedzą, że przedstawienie odbywa się w cyrku, w jakiejś przedziwnej konwencji, że na arenę wjeżdża biała szalona lokomotywa i że muzyka jest również szalona. Niektórzy przychodzą po to, żeby obejrzeć piosenkarzy - Marylę i mnie, inni żeby się przekonać, jak zrozumieliśmy Witkacego i jak go wystawiamy.
MK - Powodzenie "Szalonej lokomotywy" świadczy o potrzebie tego typu spektakli. Ludzie chcą być bawieni, chcą wychodzić z kina czy teatru zlani potem, wystraszeni, podduszeni dymami. Potrzebują wrażeń, jakich do tej pory nie zapewniał im przemysł rozrywkowy. Czy pańskim zdaniem "Szalona lokomotywa" to krok w stronę widowiska przyszłości - takiego, które atakować będzie wszystkie zmysły widza totalnie?
MG - Cyba nie. Trudno w tej chwili powiedzieć, jak będzie wyglądała sztuka przyszłości. Być może nastąpi zwrot w stronę klasyki, by wykorzystać ją w nowoczesnej rekwizytorni. Poodbny proces obserwuję po sobie. Po prawie trzyletnim okresie fascynacji Witkacym czuję w tej chwili ogromną potrzebę czegoś innego - zaczynam robić piosenki oparte na poezji Leśmiana, Błoka. Odkrywam ponownie tę wspaniałą klasyczną logikę i jasność słowa, tym bardziej uderzające w porównaniu z prozą Witkiewicza.
MK - Spełniając wszelkie warunki musicalu jest "Szalona lokomotywa" równocześnie dramatem, spektaklem poetyckim i widowiskiem cyrkowym, a każdy z tych gatunków realizuje inne zadania. Jaki cel nadrzędny przyświecał autorom spektaklu? Uczyć, przekazywać jakieś prawdy czy tylko bawić?
MG - Przedstawiamy człowieka zaprzątniętego swoimi myślami i marzeniami do tego stopnia, że nie dostrzega już sprzętów codziennego użytku. Jego budka dróżnika stoi przy torach zardzewiałych i urwanych. Gdyby to był pasożyt lub psychopata....Ale nie, jego aktywność jest ogromna, a jego marzenia czymś zupełnie normalnym. Znam już opinie, że brak łańcucha zdarzeniowych faktów sprawia, iż nie wiadomo o co chodzi. Mówimy o emocjach, o impulsach, o reakcjach nieskoordynowanych - i ważne jest, bo to nie kącik porad lecz teatr, jak mówimy. Chodzi o nazwanie bogactwa emocji językiem kreującym je, a nie opisującym, nie dziwmy się, że w tych wizjach nasz bohater odrzuca na piach swój młotek i widzi biały fortepian z tancerką, matkę na rydwanowym roweronie, a siebie w rozbujanym koronkowym łożu razem z Marylą Rodowicz. Siebie - tytanasztuki i wiedzy tajemnej. Komuż to się nie śni? Czy to ma uczyć, czy bawić? Raczej uzmysłowić piękno i piekło człowieka o wygórowanych ambicjach, a w finałowym skrzydlatym rekwizycie zawrzeć nagrodę - nadzieję, która podtrzymuje nas na duchu, którą warto mieć.
MK - Czy w pańskiej "Szalonej lokomotywie" Witkacy nie został zanadto spłaszczony, przykrojony na miarę niedoksztalconego widza? Co zostało zagubione na drodze? Co strywializowane i uproszczone?
MG - Spłaszczony Witkacy nie został. Przykrojony? - owszem, ale nie na miarę, bo to o marzeniach. Czy coś zgubiliśmy? - raczej zagubiliśmy celowo naszego bohatera w oparach Witkacowskiej głębi. Założyliśmy mu na głowę płonącą obręcz, to zamknięte koło rozumu i serca. A on muisał wybierać wedle życzenia Witkacego. Jeśli pewne konkrety nie dają się zauważyć, to na pewno istnieją tu zasadnicze sprzeczności: serce i kalkulacja, rozum i emocja - to najpopularniejsze pary w czasach, gdy wiedza i sztuka prześcigają się w uszczęśliwianiu nas. Ja to panu tłumaczę trochę schematycznie, trochę trywializując, ale w czasie spektaklu trywializowiania i uproszczeń nie ma, bo do szerszego omówienia tej sprawy zaprosiliśmy Witkacego.
MK - Ładne mi zaproszenie? Na egzekucję!
MG - Pan ciągle obrażą mnie i publiczność. Nasz kolaż sprawia kłopot tym, którzy nie widzą w tej formie treści, jaką zawiera pierszy lepszy dramat. Pozwoliliśmy sobie na wybór zakładając, że jednolitość stylistyczna, a zarazem swoboda dramaturgiczna w zachowaniu intencji Witkacego nie zuboży jego sztuki. Nie dzieje się to kosztem jakiejkolwiek diety przy konsumpcji spektaklu.
MK - Libretto musicalu oparte jest przede wszystkim na sztuce "Sonata Belzebuba, czyli Prawdziwe zdarzenie w Mordowarze", uzupełnionej fragmentami "Gyubala Wahazara", "Szewców", "622 upadków Bunga" i opatrzonej tytułem z innej sztuki. Jak Witkacy zareagowałby na podobne zabiegi gdyby żył? Czy nie odczuwałby glątwy?
MG - Sądzę że nie. Była na naszym spektaklu pani Anna Micińska - specjalistka od epoki i autora, która, nawiasem mówiąc, zrobiła podobny zabieg co my: wybrała z różnych dramatów Witkacego wiersze i wydała je wraz z jego rysunkami w osobnej książce. Mnie wystarczyła jej opinia, że Witkacy byłby z "Szalonej lokomotywy" zadowolony, bo z muzyką to on siebie chyba nie przewidział.
MK - Wskutek skrótów i uzupełnień ucierpiała klarowność widowiska. "Szaloną lokomotywę" znakomicie określa słynne zdanie Miguela Asturiasa: "nieważne jest, czy rzeczy są jasne, czy też nie, ważne jest, że się po prostu dzieją". Po spektaklu ludzie opuszczają cyrk zachwyceni, nie wiedząc jednak, o co chodzi autorom scenariusza.
MG - Nie wszyscy. "Szalona lokomotywa" jest historią człowieka, w któym drzemią ogromne ambicje artystyczne, ale któy nie ma dość siły, żeby je zrealizować i popada w stresy i depresje. Nie trzymaliśmy się kurczowo jednej sztuki, bo nie chodziło nam o Witkacego-dramaturga, ano o Witkacego-filozofa. Staraliśmy się, po prostu, przekazać atmosferę Witkacowskiej poezji, zawrzeć w muzyce i scenografii jak najwięcej Witkacowskiego ducha. Ujęcie tego dramatu w konwencji teatru na arenie cyrkowej, jaką zaproponował Krzysztof Jasiński, wydaje mi się bardzo trafne- ta iluzja Witkacowskiego słowa, ta tresura człowieka przez człowieka jest przeniesieniem elementów cyrkowej magii dla potrzeb zupełnie niecyrkowej sztuki.
MK - Zmienił tez pan Witkacemu zakończenie. W "Sonecie Belzebuba" Istvan wiesza się na własnych szelkach. W musicalu natomiast próba samobójstwa kończy się niepowodzeniem. Szalona lokomotywa zatrzymuje się tuż przed leżącym na torach Istvanem. Czy to oznacza że pan większy optymistą od Witkacego?
MG - Muszę być optymistą, chcę być optymistą. Bo to, co najważniejsze, najbardziej interesujące jest jeszcze przede mną
źródło: Polityka nr. 45(1079) 5.XI.1977 r. .