Twój Styl - Jaki obraz powstaje w wyobraźni kiedy myśli Pan o ojcu?
Łukasz Grechuta - Widzę go, jak siedzi przez wiele godzin na kanapie zatopiony w myślach i coś notuje w zeszycie. Jest nieobecny tak bardzo, że z mamą prawie go nie zauważamy. To artysta. Jako tato kojarzy mi się z kimś, kto zabierał mnie i Filipa Pawluśkiewicza, syna Jana Kantego Pawluśkiewicza, na boisko w Tyńcu nad Wisłą. Graliśmy w piłkę, a ojciec udzielał nam wskazówek. Mnie pasjonowały sporty zimowe i wodne, więc nie zaraziłem się piłką. Ale ojciec kochał futbol.
TS - Kiedy uświadomił sobie Pan, że jest synem tego Grechuty ?
ŁG - Nie było konkretnej chwili, bo od dzieciństwa towarzyszyłem ojcu w karierze. Byłem z nim za kulisami, podczas prób, występów, przyjęć. Poznawałem ludzi, z którymi współpracował. Na przykład Maryla Rodowicz woziła mnie na spektakle "Szalonej lokomotywy" w których występowała razem z tatą, swoim czerwonym porsche. Bardzo mi to imponowało. Śpiewała mi bossa novy, któe do dziś lubię, więc zapisała się w mojej pamięci jako ktoś wyjątkowy. Spotkałem także: Jacka Kaczmarskiego, Czesława Niemena, Hannę Banaszak, Agnieszkę Osiecką, Magdę Umer. I wielu innych. Praktycznie wszystkie ówczesne gwiazdy.
TS - Czy z faktu że nosi Pan nazwisko Grechuta płyną korzyści.
ŁG - Przeciwnie, z powodu ojca zawsze byłem mniej lubiany. Jego kochano, na mnie spadały minusy popularności, zawiść, złośliwe uwagi.
TS - Czy zamieszanie wokół ojca czasem przeszkadzało ? Zdarzały się momenty, kiedy brakowało Panu taty ?
ŁG - Nie, bo on był w moim życiu stale obecny. Byliśmy rodziną taką samą jak inne.
TS - Interesował się Pana nauką, sprawdzał zeszyty?
ŁG - Tym zajmowała się mama. Tata pomagał mi w przygotowaniach do matury z historii sztuki. W moim liceum plastycznym to był przedmiot obowiązkowy. Ojciec nagrywał na kasecie własne wykłady z historii sztuki, a ja je odsłuchiwałem i w ten sposób się uczyłem.
TS - Na czym polegał fenomen małżeństwa Pana rodziców? Wśród artystów ludzie często zdradzają się, odchodzą, rozwodzą. Oni przeżyli ze sobą 40 lat.
ŁG - Kochali się i byli sobie wierni. To moim zdaniem tajemnica ich sukcesu. Ufali sobie, darzyli się szacunkiem. Zazdroszczę im tego, bo moje pokolenie 30-latków jest już inne. Mama była piękną kobietą, była też podporą ojca. Nie mam wątpliwości, że bez niej nie byłoby jego kariery, takiej jaka była.
TS - Tata często wyjeżdżał za granicę. Przywoził wtedy prezenty?
ŁG - Kiedyś zamówiłem u niego kasetę z muzyką z filmu "Gliniarz z Beverly Hills". Strasznie chciałem ją mieć, bo pasjonowałem się wtedy komputerami, a to była muzyka elektroniczna. Przywiózł kasetę i płyty winylowe Pata Mathen'yego. Posłuchałem ich i pokochałem jazz.
TS - A ojciec nie próbował Pana wciągnąc w świat swojej muzyki?
ŁG - W szkole podstawowej załatwił mi lekcje gry na fortepianie. Znalazł nauczycielkę, ale ponieważ nie chciałem za bardzo się uczyć, przestała przychodzić. Dopiero kiedy zafascynowałem się Patem Mathenym, chwyciłem za gitarę i gram na niej do dziś. Występowałem nawet z ojcem podczas jego tournee po Stanach Zjednoczonych siedem lat temu. Dla mnie, kogoś kto jest amatorem, a nie profesjonalistą, to było coś niesamowitego. W Chicago mieliśmy koncert dla dwóch tysięcy ludzi. Grałem solo w "Korowodzie" i zrozumiałem czym jest scena.
TS - Zawodowym muzykiem jednak Pan nie został. Skończył Pan ASP. Czy do tego kierunku zachęcał Pana tata?
ŁG - Od zawsze interesowałem się stylistyką włoskich samochodów, są dla mnie najpiękniejsze. Chciałem pracować w Turynie i projektować samochody. Nie udało się. Nie mogę więc powiedzieć, że studia wybrałem pod wpływem ojca, ale sztuka w naszym domu była stale obecna.
TS - A ojciec lubił ładne auta? Czym jeździł?
ŁG - Pierwszym jego autem był zielony fiat 128 sport. Kupił go od Maryli Rodowicz, a do Krakowa przyprowadziła Krystyna Janda. Kiedyś pojechaliśmy do Morskiego Oka i tam samochód zgasł. Nie mogliśmy ruszyć. Patrzyłem na księżyc, szczyt gór i myślałem że nigdy się stamtąd nie wydostaniemy. Ale samochód zapalił. I od tej pory kocham fiaty.
TS - Był czas, kiedy myślał Pan, że Grechuta brzmi staromodnie?
ŁG - Kompozycje ojca nie mają wiele wspólnego z jazzem, schlebia mi że jego muzyką fascynują się najwięksi polscy jazzmeni. Grechuta jest więc jak najbardziej współczesny. Dziś jednak na twórczość taty patrzę inaczej. W pierwszą rocznicę jego śmierci z wieży Mariackiej odegrano "Ocalić od zapomnienia", jeden z największych przebojów. Ojciec został też zaliczony do grona najwybitniejszych krakowian 750-lecia. Przypisuje mu się pozycję wieszcza narodowego. Jestem tym, nie ukrywam, zaskoczony. Przez te wszystkie lata patrzyłem na tatę jak na wokalistę, doskonałego kompozytora i autora tekstów, który śpiewał piosenki ważne dla jego pokolenia. Teraz okazuje się, że jest postacią historyczną. Czuję się dumny, choć pozycja jaką zdobył ojciec, trochę mnie przytłacza. Zwłaszcza gdy staję przed wieżą Mariacką,. z której od wieków grają hejnał, symbol Polski.
TS - Nazwisko Grechuta bardziej teraz zobowiązuje?
ŁG - Stało się symbolem sztuki polskiej drugiej połowy XX wieku, więc siłą rzeczy na zawsze jest zapisane wśród nazwisk wielkich Polaków. Marek Grechuta to prawie instytucja. Popiersie ojca na jego grobie przypomina mi, że muszę o nim pamiętać nie tylko jako o tacie.
TS - Nazwał Pan ojca wieszczem, jednak dla syna był głównie tatą, czyli człowiekiem z jego zaletami i wadami. Pamięta Pan jakąś cechę przez którą życie z nim bywało trudne?
ŁG - Łatwo się denerwował, a jak wybuchał, była w domu awantura. Na szczęście taka bez przemocy ( śmiech). Z równowagi wyprowadzały go drobiazgi. Ktoś przełożył jego ulubiony zeszyt albo książkę, którą właśnie czytał, i już się awanturował. Jako artysta miał swoje prawa, uważał że jego świat powinien być uporządkowany i idealny. Najczęściej był jednak kulturalnym, dystyngowanym człowiekiem. Nigdy nikogo nie obraził, nie powiedział nic złego. Był wytworny, trochę jak przedwojenny dżentelmen.
TS - Kiedy szczególnie brakuje dziś Panu ojca?
ŁG - Przez cały czas czuję, że go nie ma. Tęsknię za ojcem, ale muszę poradzić sobie z tym, że odszedł.