Z Markiem Grechutą połączyła ich męska, szorstka przyjaźń i marzenie, by mieć zespół. Choć muzykę lubili różną, wspólnie założyli Anawa i zrobili błyskawiczną karierę. Czemu grupa grała niewiele koncertów ? Dlaczego rozpadła się po czterech latach ? I kto miał pozycję lidera ? - odpowiada Jan Kanty Pawluśkiewicz, współtwórca Anawa, kompozytor i aranżer.
Twój Styl - Jak zapamietał Pan pierwsze spotkanie z Markiem Grechutą ?
Jan Kanty Pawluśkiewicz - Nie mam przed oczami konkretnego obrazu. Musieliśmy się spotkać w klubie Pod Przewiązką. To było miejsce, gdzie przychodzili studenci Politechniki Krakowskiej na ulicy Bydgoskiej 19b. Istotny adres, bo tam mieszkały dziewczyny. Bywałem Pod Przewiązką, ponieważ zarabiając jako pianista, często ćwiczyłem frazy jazzowe. Pewnego dnia w klubie musiał się pojawić Marek.
TS - Od razu zdecydowaliście, że zakładacie zespół ?
JKP - Bardzo szybko. Na początku Anawa to był kabaret, który składał się z pięciu osób. Oprócz nas dwóch był min. Tadeusz Kalinowski, który występował jako konfenansjer i nazywał się samozwańczym właścicielem kabaretu, Marek Czuryło, współtwórca tekstów, Tadeusz Dziedzic, gitarzysta, i moich dwóch braci. Dwa miesiące później dołączył Zbyszek Wodecki i wiolonczelistka Anna Wójtowicz. Czym charakteryzował się Anawa ? Nonszalancją, brawurą i ignorancją zasad dramaturgii. Wszyscy, którzy w nim występowali, byli dyletantami. A dlaczego kabaret ? Zazdrościliśmy sukcesów Piwnicy pod Baranami. Ale to była zawiść w dobrym rozumieniu, taka która napędza. Nie naśladowaliśmy ekipy Piotra Skrzyneckiego. Uważaliśmy, że mamy coś nowego i własnego do powiedzenia, nie czuliśmy się gorsi. Zresztą nasza nazwa zobowiązywała. Anawa w wolnym tłumaczeniu znaczy naprzód, od francuskiego "en avant".
TS - Gdzie występowaliście ?
JKP - W klubie Bambuko. To było pomieszczenie sześć metrów na sześć. Zbudowaliśmy tam podium dla artystów i widownię amfiteatralną. Wszystko z desek kradzionych z budowy.
TS - Podobno w czasach kabaretu pan Marek lubił się wygłupiać ?
JKP - Uwielbiał naśladować Czesława Niemena i jego piosenkę "Czy mnie jeszcze pamiętasz". Słowa szły tak: "Czemu jesteśwymięta ? Gdzie wymięłaś się tak ? Czy jak inne dziewczęta, lubisz sypiać w ciuchach ?". Wydzierał się przy tym, że aż miło ...
TS - Okres kabaretu zamknęły eliminacje do Festiwalu Piosenki i Piosenkarzy Studenckich. Podobno Anawa o mały włos by w nich przepadł.
JKP - Komisja nie chciała nas zakwalifikować do następnego ogólnopolskiego etapu. Zagraliśmy "Tango Anawa", które nie bardzo się podobało. Ale w jury była Ewa Demarczyk, wtedy wielki autorytet. I ona dla tej piosenki oszalała. Kazała nas przepuścić dalej.
TS - Kłóciliście się Panowie, kto w zespole gra pierwsze skrzypce, kto najważniejszy ?
JKP - Nie rozdzielaliśmy funkcji, wszystko działo się spontanicznie. Jak Marek napisał piosenkę, zawsze mi się podobała. Od razu aranżowałem ją na instrumenty. Kiedy ja coś skomponowałem, Marek też nie zgłaszał uwag. Miał fenomenalną pamięć, był dla mnie muzycznym geniuszem. Po dwukrotnym przesłuchaniu melodii umiał ją bezbłędnie powtórzyć. To samo dotyczyło tekstó. Pracowałem potem z wieloma artystami, także śpiewakami operowymi i nikt nie miał takiej wrażliwości muzycznej, wyczulenia na słowo.
TS - A jakim był człowiekiem ?
JKP - Miał w sobie dużo melancholii, liryzmu. Wiedział, jak je wykorzystać. Śpiewał, a ludzie sami nie wiedzieli dlaczego płaczą. Ja po jakimś czasie miałem dośc tych samych koncertów, wszystkie piosenki znałem. Siedziałem za fortepianem i trochę się nudziłem. Ale jak widziałem roanielone dziewczyny i pary całujące się po kątach, dalej chciało mi się grać. To była dla nas najlepsza recenzja. Stworzyliśmy wyjątkowy nastrój. Oprócz tego Marek był normalnym 22- latkiem, jak już mówiłem, lubił żartować.
TS - Dużo imprezowaliście ?
JKP - Oczywiście, gdy jechaliśmy w trasę, były spotkania przy winku i wódeczce. Marek nie był zabawowy, kończył wtedy gdy ja zaczynałem. TS - Podobno Anawa odmawiała grania wielu koncertów. Dlaczego ?
JKP - Obaj byliśmy absolutnie zgodni, że nie wolno przegrzać koniunktury, choć zapotrzebowanie na nasze występy było ogromne. Ciągle słyszeliśmy: "Trubadurzy zaczęli koncertem w poniedziałek o ósmej rano, a ostatni dali w niedzielę o dziesiątej wieczorem, a wy nie możecie jednego dnia wystąpić dwa razy ?!". Odpowiadaliśmy: "Niestety nie". Nigdy nie pojawialiśmy się też w halach sportowych albo na festiwalu w Kołobrzegu. Jacek Ostaszewski dał się nawet na tydzień zamknąć w szpitalu, żebyśmy mieli papier i wiarygodną wymówkę. Konsekwentnie broniliśmy się, żeby nie przypięto nam etykietki ulubionej grupy. To nas uratowało. Nie zdążyliśmy spsieć ani rozmienić się na drobne.
TS - Po nagraniu płyt "Marek Grechuta & Anawa" oraz "Korowodu" postanowili się Panowie rozstać. Dlaczego ?
JKP - Po czterech wspólnych latach nasze drogi zaczęły się rozchodzić, co u młodych muzyków jest naturalne. Marek chciał kontynuować karierę wokalisty, mnie zaczęły interesować inne aranże, chciałem komponować muzykę na orkiestrę, w której głos byłby jednym z elementów. Marek dostrzegł w tym dla siebie niebezpieczeństwo, bał się że go zdominuję. No i w naturalny sposób się rozeszliśmy. Z korzyścią dla nas obydwu, ale też z jakąś stratą. Marek przyzwyczaił mnie do artystycznych kontaktów, ktore są naturalne, bo wynikają z absolutnego porozumienia i nie opierają się na zbyt dużej ilości słów. Nigdy potem coś takiego już mi się nie przytrafiło.
TS - Dość szybko od zerwania zatęsknił Pan za panem Markiem.
JKP - W 1974 r. cenzura przestała blokować twórczość Stanisława Ignacego Witkiewicza. Ukazały się jego dramaty pod redakcją Konstantego Puzymy. W Piwnicy pod Baranami wystawiono "Juvenalia" 14-letniego Witkacego. W tym spektaklu kobiety grały drzewa, a publiczność, dmuchając udawała szum fal. Jednym słowem wygłup, który bardzo mi się spodobał. Też tak chciałem, ale nie mogłem znaleźć odpowiedniego partnera. Zleciłem napisanie scenariusza młodemu poecie, jednak to nie było to. Wtedy zrozumiałem, że Witkacego mogę zrobić tylko z Markiem. Gdy zaczęliśmy pracować, wszystko potoczyło się błyskawicznie. Przychodziłem do jego domu na ulicę Szlak, on śpiewał, ja grałem razem z nim. Wspólnie wybieraliśmy teksty, które najbardziej się nam podobały. Powstał spektakl "Szalona lokomotywa" który graliśmy w Teatrze Stu u Krzyśka Jasińskiego i w jego reżyserii. Obsada była cudowna: Maryla Rodowicz, Jerzy Stuhr i pani Zofia Niwińska. Marek wchodził na scenę w białym fraku, śpiewał zmienionym głosem i grał Belzebuba. Z "lokomotywy" została tylko płyta, bo przedstawienia nie zarejestrowano. Szkoda ! Potem już nigdy nie spotkaliśmy się z Markiem przy nowym projekcie. Poszliśmy w różnych kierunkach. Obserwowaliśmy siebie jednak z daleka i bardzo życzliwie.