Przyjaźń z idolem ? Grzegorzowi Turnauowi udało się nie tylko z nim występować, ale też poznać Marka Grechutę. Twierdzi, że to ten artysta wywarł największy wpływ na jego twórczość. W 2006 r. Turnau nagrał płytę "Historia pewnej podróży". Zadedykował ją swojemu mistrzowi. Kilka miesięcy później towwarzyszył mu w innej podróży. Razem z przyjaciółmi niósł trumnę z ciałem pana Marka.

TS - Pana pierwsze spotkanie z Markiem Grechutą odbyło się dzięki "Szalonej lokomotywie" ?

GT - Płyta, którą pożyczył mi przyjaciel była porażająca. Nigdy wcześniej nie interesowałem się polską piosenką. Jako nastolatek słuchałem The Beatles, Queen, Steely Dan...W tamtym czasie rodziła się we mnie jeszcze jedna pasja: Witkacy. 622 upadki Bunga były wtedy numerem jeden. Na płycie "Szalona lokomotywa" usłyszałem muzykę, która uskrzydlała moje ulubione teksty. Marek Grechuta znów połączył siły z Janem Kantym Pawluśkiewiczem. Wzajemnie się motywowali. Najbardziej uderzyła mnie w tym wspólnym dziele spójność i przejrzystość. No i pakt z Witkacym: teksty, atmosfera, jak to u niego bywało, zagadki istnienia..."Życie patrzy w zwierciadło swej własnej głębi" etc. Bardzo pociągające dla licealisty.

TS - Wpadł Pan po uszy ?

GT - Oczywiście. Miałem czarną płytę, która trzeszczała, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Na okrągło odtwarzałem piosenkę "Motorek" - wiersz Czechowicza świetnie wkomponowany w paranoję Witkacego. Grechuta był w mistrzowskiej formie. Śmieszył, tumanił, przesztraszał.

TS - Niedługo potem usłyszał go Pan na scenie.

GT - Był listopad 1982 roku. Szedłem ulicą Floriańską. Zobaczyłem afisz: "Marek Grechuta z zespołem Anawa, Hotel pod Różą". Wszedłem i po prostu kupiłem bilet. Nigdy nie chadzałem na koncert polskich gwiazd estrady, bo mnie nie interesowały, ale wtedy pomyślałem: "Chcę to zobaczyć".

TS - Jakie wrażenia ?

GT - Grechuta głównie recytował, stojąc nieruchomo. W ogóle mi to nie przeszkadzało. Po koncercie zapisałem w dzienniku który prowadziłem, że "jest jedyny i niepowtarzalny". Zacząłem interesować się wszystkim co zrobił, zebrałem jego płyty.

TS - Na Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie zdobył Pan pierwszą nagrodę. Jako licealista dodajmy. Dzięki temu poznał Pan Grechutę osobiście ?

GT - W jury zasiadali min. panowie Grechuta i Pawluśkiewicz. Zostałem zaproszony na gościnny występ do Piwnicy pod Baranami. Poszedłem tam w sobotę 19 maja, dwa dni po koncercie laureatów. Tego samego wieczoru przyszedł także Marek Grechuta. Szcęśliwie się złożyło, bo rzadko wtedy bywał w Piwnicy. Przeżyłem naszą rozmowę. Zadawałem mu głupkowate - tak dziś myślę - pytania. On jednak uprzejmie odpowiadał. Akurat ukazały się "Śpiewające obrazy". Powiedziałem: "Wie pan, najbardziej na tej płycie podoba mi się Knajpa Czechowicza. Nie był zachwycony. Może wolał, żebym powiedział że wszystko mi się podobało...A ja, jeszcze ciągle zaczadzony "lokomotywą" podniecałem się tym Czechowiczem...I byłem nieprzyjemnie szczery.

TS - Wkrótce wsiąkł Pan w środowisko Piwnicy i poznał Grechutę towarzysko. Jaki on był poza sceną ?

GT - Pamiętam pewne przyjęcie imieninowe. Wśród gości byli też państwo Grechutowie. Pan Marek fantastycznie opowiadał. Miał świetne poczucie humoru, trochę abstrakcyjne. Dał mi wtedy tomik swoich tekstó z dedykacją. Był otwarty, kontaktowy, jeszcze nie całkiem "odwrócony" co mu się później przytrafiało.

TS - A jaki był, gdy jeźdżiliście w trasy koncertowe ?

GT - Miałem szczęście trafiając do Piwnicy w czasie, gdy artyści zaczęli wyjeżdżać na długie trasy zagraniczne. Niewielu młodych muzyków miało taką okazję. Występowałem z panem Grechutą w Anglii, we Francji, w Szwajcarii. Podczas jednej z podróży przeszliśmy nawet na "ty". Ale on już potem o tym zapomniał, więc na wszelki wypadek wróciłem do formy "pan". Tak było do końca. Poza panem Janem Nowickim, pan Grechuta był jedyną osobą z kręgu Piwnicy, z którą zostałem na "pan". I to dobrze. Miał różne okresy. Bywał wesoły, ale najczęściej nieobecny, zapatrzony. Myślę że cierpiał. Na ten temat nie chcę się jednak wypowiadać. W 1987 roku pojechaliśmy na koncerty do USA. Zatrzymaliśmy się w Chicago w hotelu Bismarck, takim w stylu lat 20. Byliśmy zmęczeni, potrzebowaliśmy spaceru, odmiany....Niedaleko hotelu znajdował się bar, niesłychanie wykwintny. Pan Marek wypił drinka, rozluźnił się . Usiadł przy pianinie, zupełnie spontanicznie, i zaśpiewał parę piosenek. Ciemnoskórzy barmani stali zdziwieni i zasłuchani. Kiedy skończył, zaczęli wołać: "Świetnie pan to robił ! Pan powinien pomyśleć o karierze !.

TS - Zauważył Pan, jakie zmiany zachodziły w Grechucie ?

GT - Jak u Czechowicza - "A wszystko to ty". Na przełomie lat 70 i 80 bardzo obniżył mu się głos. Zaczął być trochę groźny. Straszył. Wkradł się w niego smutek, ale taki, jak go nazywam mentorski. Wcześniej ze względu na aparycję i głos Grechuta kojarzony był z cherubinkiem. Pojawił się jeszcze inny rozdział w moim życiu: Grechuta satyryk. Parodiowałem go. Nauczyłem się śpiewać "Tylko cicho, tylko cicho". I czasami śpiewałem na bis w Piwnicy. Podobnie wiernie go odtwarzałem ( jak on niegdyś Niemena) co ludzi bardzo rozśmieszało.

TS - Nie był o to zły ?

GT - Kiedyś przyszedł na kabaret i zapytał: "Podobno pan mnie przedrzeźnia ?". Zmartwiałem. "Nie, ja sobie tylko śpiewam jeden pański utwór" - odpowiedziałem. "KTÓRY ?!!!" - zapytał z tym mentorskim napięciem...."Tylko cicho" - i uciekłem. Może nie był aż tak groźny, ale trochę się go bałem. Grechuta śpiewał naprawdę różne utwory. Nie byłem fanem jego płyt z muzyką teatralną. Ale jeśli miałbym zabrać na bezludną wyspę trzy piosenki, to chyba wybrałbym "Kantatę", "Motorek", i "Dni, których nie znamy".

TS - Pan jest zdania, że nie było jednego Grechuty. Co to znaczy ?

GT - Niesłusznie przykłada się jeden klucz do tego artysty. Mam wrażenie, że Grechutów było wielu, bardzo różnych. On zresztą też w taki sposób żył. Raz był chłopakiem śpiewając "Podarowałem pani pęk czerwonych melancholii". Po czym przemieniał się w pokoleniowego barda, który wołał: "Jeszcze pożyjemy, poeci prawdy !". Potem nagle stał się satyrykiem , w międzyczasie komentatorem, koneserem malarstwa, a wreszcie mentorem, który śpiewa "Dziesięć ważnych słów". Postaci jest tak wiele, że nie można jednym kluczem otworzyć szkatułki z napisem "Grechuta".

TS - Czy jest coś związane z panem Markiem, co szczególnie zapadło w pamięci ?

GT - Sylwester 1999/2000 który odbywał się w domu państwa Pawluśkiewiczów. Mogę powiedzieć, że tego przełomowego sylwestra spędziłem w towarzystwie moich idoli: Grechuty i Pawluśkiewicza. Co więcej, było po północy, a ja siedziałem przy pianinie, grając ich piosenki. Słyszałem, jak oni gdzieś z tyłu je nucili. I miałem pewną satysfakcję, że lepiej pamiętam teksty.

Powrót