Twój Styl - Jak wyglądało codzienne życie z gwiazdą Markiem Grechutą?

Danuta Grechuta - Były momenty, kiedy nie można było na niego liczyć. Kiedy miał pomysł na piosenkę, trudno było się przebić do jego myśli.

TS - Znikał w pokoju, a domownicy musieli chodzić na palcach ?

DG - Nie, on wyłączał się w każdej sytuacji. Nawet w samochodzie, podczas jazdy. Kiedy to zrozumiałam, zabroniłam mu prowadzić! Przychodziła mu do głowy myśl, jakieś skojarzenie i wszystko zaczynało się wokół tego kręcić. Zawsze wiedziałam, kiedy przenosił się w swój świat. Zadawałam mu pytanie, a on bez względu na to. o co mi chodziło, odpowiadał przeciągle "taaaak". Siedział, kręcił włosy na palcu, pocierał nos, a potem coś zapisywał. Próbkę tekstu kładł na fortepianie i od razu komponował muzykę. Szło mu to zaskakująco łatwo, bo Marek był wyczulony na melodię słowa. Jak zaczynał grać, tekst sam podpowiadał mu nuty. Dlatego jego piosenki są takie harmonijne.

TS - Miał jakieś rytuały, kiedy pisał ?

DG - Wszystko notował w zeszycie do spraw bieżących, w którym trzymał długopis. Musiał leżeć w jednym miejscu i pod ręką. Strasznie był zły, kiedy mu ten zeszyt przekładałam, żeby podać na przykład obiad.

TS - Mogła Pani krytykować męża ?

DG - Moja krytyka go złościła. Jak większość artystów był przewrażliwiony na swoim punkcie. Kiedy mówiłam, że powinien poprawić tekst, odpowiadał, że nie mam racji, nie powinnam się mieszać. Ale potem szedł w kąt, żeby wszystko przemyśleć, i najczęściej zmieniał. Przychodził zadowolony: "widzisz jak trafiłem z tym słowem". A ja uśmiechałam się pod nosem.

TS - Obrazał się na krytykę ?

DG - W sprawach zawodowych rzadko, chyba że ktoś bardzo go dotknął. W ogóle miał ugodową naturę. Unikał konfliktów, wolał ustąpić. Zmieniał się, gdy w grę wchodził sport. Kiedy jakiś zawodnik nie mógł strzelić bramki, działo się z nim coś niebywałego. Stawał się bezwzględny i z równą fantazją z jaką tworzył teksty piosenek, układał bukiety z przekleństw. Zupełnie nie do powtórzenia. Zawsze przed meczem pytałam: "Przebrałeś się już w strój zawodnika?". Bo on przeżywał tak, jakby sam biegał po boisku. Ważne spotkania zawsze oglądaliśmy razem. No i co rano musiałam mu kupić "Tempo". Marek analizował wyniki, znał tabele.

TS - Przez prawie 40 lat wspólnego życia mieli Państwo pewnie wiele rytuałów. Ale ja chciałam spytać o moment, kiedy się spotkaliście. Jak go Pani zapamiętała?

DG - To było na sylwestrze z 1967 na 68 rok. Koleżanka wyciągnęła mnie na zabawę, bo mieli przyjść członkowie Anawa. Już wtedy byli w Krakowie znani. W 1967 roku na Festiwalu Piosenkarzy i Piosenki Studenckiej Marek zaśpiewał "Tango Anawa" i dostał nagrodę. Koncert finałowy pokazała telewizja, z dnia na dzień stał się sławny. Na tym sylwestrze nie rozmawialiśmy, bo on przyszedł z dziewczyną. O tym, że zostaliśmy parą, zadecydował mój uśmiech. Już w nowym roku spotkałam Marka na ulicy Reymonta pod moim akademikiem. Oboje mieszkaliśmy w tym samym miasteczku studenckim. Uśmiechnęłam się jak do kogoś znajomego. Marek mnie nie pamiętał, nie poznał, le zaczął wypytywać, co studiuję, gdzie mieszkam. Odpowiedziałam, że nie podam mu numeru pokoju, bo za krótko się znamy. Jednak po kilku dniach przyszedł i zaprosił na koncert, w czasie którego patrzył mi w oczy i śpiewał dla mnie.

TS - Jaka wtedy, na początku kariery panowała wokół Pana Marka atmosfera ?

DG - Trzymał fason niedostępnego studenta architektury. Kiedy po festiwalu zobaczyłam go w stołówce, wydał mi się mało sympatyczny. Stał z boku kolejki, zdystansowany. Miał na sobie marynareczkę z ciuchów w amerykańskim stylu i patrzył ponad wszystkimi. My grzecznie tłoczyliśmy się z bloczkami obiadowymi, a on taka nowa objawiona gwiazda. Jak się lepiej poznaliśmy, spytałam; "Co tak zadzierasz nosa, przecież nie jest z ciebie taki cud ?". Obruszył się, ale coś w nim zostało. Po latach tamta rozmowa odezwała się w piosence "Nie dokazuj". Bo Marek już taki był, że jak go coś dotknęło, zostawało w nim na długo.

TS - Nie była Pani zazdrosna, że w Pani mężu kochało się pół Polski ?

DG - Tylko pół ?! Po pierwszych dwóch płytach wokół Marka wybuchła histeria. Codziennie przychodziły sterty listów, które nie mieściły się w skrzynce. Mieszkaliśmy wtedy w 38-metrowym mieszkaniu i koperty zajmowały cały mały pokój. Spytałam Marka, co z nimi zrobić. W ogóle się nie odezwał, tylko wzruszył ramionami. Kilka listów otworzyłam, a tam marzenia dziewczyn, miłosne wyznania. Ale nie winię ich, nie wiedziały do kogo piszą. Przecież nie było wtedy kolorowych gazet, które na bieżąco informowały o życiu gwiazd. Więć zdarzały się nawet zabawne nieporozumienia. Kiedyś przyjechała pani, która bardzo chciała wziąść z Markiem ślub. W jego piosenkach wysłuchała, że jest samotny i czeka na miłość. Miała z sobą koszulę, a nawet garnitur. Bardzo była zmieszana, kiedy się dowiedziała, że jej idol ma żonę i dziecko.

TS - Jaki prowadzili Państwo dom ?

DG - Na początku otwarty. Na naszych 38 metrach każdego dnia przyjmowaliśmy Anawa, osiem osób ! Marek uwielbiał się wygłupiać. Kupił sobie zabytkowy telefon, który ustawił na widocznym miejscu. Takiego prawdziwego długo nie mieliśmy. Nie wiedzieliśmy, że by go dostać, trzeba dać łapówkę. Marek wychodził na klatkę schodową, dzwonił dzwonkiem, a potem biegł do telefonu i mówił do Janka Pawluśkiewicza : "To do ciebie". Bardzo go to bawiło. W niewielkim mieszkaniu stał fortepian i komplet miniaturowych mebli w stylu rokoko z Desy. Ścisk był okropny, a ja jeszcze podawałam kolacje. Do mnie należało, by tę gromadę wyżywić, co w czasach późnego Gomułki graniczyło z cudem. W sklepach nic nie było. Tu mąż gwiazda, a ja godzinami stoję w kolejkach. Wszystko się zmieniło, kiedy urodził się nasz syn Łukasz. Wtedy zaczęliśmy prowadzić normalne życie rodzinne.

TS - Jak wyglądało ?

DG - Weekendów nie mieliśmy, bo Marek najczęściej w soboty i niedziele grał koncerty. Dopóki Łukasz nie poszedł do szkoły, często jeździliśmy we trójkę. Mąż uważał, że rodzina powinna spędzać wakacje razem, więc latem odmawiał występów. Wiele razy próbowano go zaprosić na Spotkania Zamkowe do Olsztyna, nigdy się nie udało. Wyjeżdżaliśmy do Bułgarii, a gdy otworzyły się granice, do Włoch nad Adriatyk. Marek dobrze się tam czuł, po miesiącu nabierał wyglądu i optymizmu. Uwielbiał robić zdjęcia, zwłaszcza tuż przed zachodem słońca, kiedy świat stawał się pomrańczowy. Miałam album fotografii z tamtego okresu. Marek jest na nich taki szczęśliwy.

TS - Czy dobre wspomnienia nie są zbyt bolesne ? Od śmierci Pani męża minął zaledwie rok.

DG - Staram się żyć tak, jakby Marek wyjechał w długą trasę koncertową. Wciąż mi się wydaje, że za chwilę wróci. Prawda dociera na przykład wtedy, kiedy przypadkowo usłyszę jego piosenkę w radiu. Dlatego prawie nie włączam odbiornika, bo ból jest wtedy nie do zniesienia. Pewnie w tej rozmowie wydaję się kobietą, która juz przeżyła stratę ukochanego człowieka, jednak wciąż mówiąc o Marku, muszę hamować łzy.

rozmawiała Magda Jaros.

powrót