Wstydu ubywa

Fragment wywiadu Grzegorza Turnaua dla Tygodnika Powszechnego

Stanisław Manckiewicz - Wydaje mi się jednak, że wygranie Festiwalu Piosenki Studenckiej, który miał wtedy niemałą renomę, musimy uznać za początek wielkiej kariery, świadomej.

Grzegorz Turnau - Dziś, po raz pierwszy być może, powiem to, czego nigdy nie powiedziałem wprost. Byłem wtedy pod tak wielkim wpływem i tak skoncentrowany na postaci Marka Grechuty, że wymyśliłem sobie, iż ja chcę być po prostu taki jak on, chcę zrobić wszystko tak, jak on zrobil, i chcę wejść w ten świat, który już dzięki niemu gdzieś tam był dostępny. Byłem przykładem człowieka absolutnie nieoryginalnego i niesamodzielnego. Tak siebie widzę z tamtego okresu.

Pamiętam doskonale taki moment, kiedy stwierdziłem, że mój cel życiowy się ziścił: zobaczyłem, że Grechuta siedzi w jury festiwalu, o którym wspomniałeś, i - wyraźnie zadowolony - klaszcze. Uznałem, że właściwie na tym skończyła się moja biografia artystyczna. Ja chciałem się podobać Grechucie. Kiedyś - bardzo proszę o dostrzeżenie tutaj "zachowaniu proporcji", to porównanie jest dosyć zabawne - usłyszałem wypwoiedź Czesława Miłosza na temat tego, jak pisali młodzi poeci w czasachy on sam zaczynał:"Pisaliśmy nie tak, żeby się podobać kolegom, tylko tak, żeby podobać się Mickiewiczowi". Ja się chciałem "podobać Mickiewiczowi". I ponieważ uznałem że się mu już podobam, to właściwie było mi obojętne, co będzie dalej. Mówię zupełnie serio.

SM - A kiedy przyszedł taki moment, że poczułeś że, iż jesteś sam, iż nie jesteś Grechutą? Był taki błysk?

GT - Błysku nie było, mijał czas. Ja się czytało "Bunga", to się identyfikowało świat też według tego klucza i chciało się być Bungiem, a w przyjacielu widziało się Brummela. Dużo dała mi wtedy przyjaźń z Grzegorzem Kluczykowskim, plastykiem, moim "mentorem", specjalistą od walki z "lenistwem duchowym" o od Beatlesów. Różne fikcje literackie sobie uprawialiśmy, próbowaliśmy się wcielać w światy, które wtedy nam imponowały
W pewnym momencie zdajesz sobie oczywiście sprawę, że tylko własnym głosem możesz powiedzieć coś sensownego. I to się dzieje albo się nie dzieje. U mnie to się stało gdzieś na początku lat 90. Jeżeli już tak bardzo skrupulatnie odmierzamy ten czas w moim występowaniu i nagrywaniu, to ja od tamtego festiwalu do 1989 r. właściwie nie zrobiłem niczego istotnego. A w każdym bądź razie nie zrobiłem przez pięć lat niczego, co dzisiaj mógłbym wspominać jako kontynuację tamtego sukcesu, przez te pięć lat żyłem ze znakiem zapytania: co dalej po tym, jak Grechuta klasnął. Rok 1989 był przełomem, ale od tych 25 lat możemy odjąć co najmniej pięć.

...........

SM - Czy spotkałeś sytuację teoretyczną, że do genialnego wiersza napisano genialną muzykę, że ona daje wszystko jemu, a on wszystko jej...?

GT - I już nigdy ten wiersz bez tej muzyki w tle nie będzie istniał i odwrotnie - już nigdy nikt nie będzie mógł dopisać innej muzyki do tego wiersza ?

SM - Tak

GT - Przychodzą mi do głowy dwie piosenki: "Ocalić od zapomnienia" do wiersza Gałczyńskiego, kompozycja Marka Grechuty, i "Tomaszów" ( czyli "Przy okrągłym stole" tak to się chyba nazywa?), napisany przez Zygmunta Koniecznego do wiersza Tuwima. Jest ich dużo więcej, ale te dwie wymieniam od razu bez zastanowienia.