Marek Grechuta
|
10 grudnia 1970 w Teatrze Starym w Krakowie, Marek Grechuta otwierał pełnym recitalem 8 Ogólnopolski Festiwal Piosenki i Piosenkarzy Studenckich. Zaprezentował w tym koncercie cały swój trzyletni dorobek. A trzy lata temu, na tymże festiwalu debiutował "Tangiem Anawa" jako student architektury. W rok później śpiewał w telewizyjnej giełdzie piosenki "Niepewność" Mickiewicza. Mówiono o nim: chlopiec z epoki romantyzmu. Potem, kiedy coraz częściej pokazywał się na ekranach telewizyjnych - a moda była w scenografii telewizyjnej na secesję - zgodnie mówiono, że jest młodopolski.
Ale Marek nie ulegał modzie. Krok po kroku wypracowywał sobie własny, odrębny, indywidualny styl. Dlatego na recitalu obok dawnych utworów znalazły się zupełnie nowe piosenki z tekstami współczesnych poetów. Jednocześnie Marek pisząc własne teksty, coraz częściej komponuje do nich muzykę. Tym recitalem udowodnił wszechstronność repertuarową i wykonawczą.
A jak wyglądały jego twórcze poszukiwania i jakimi drogami doszedł do dzisiejszych wyników opowiedział mi w pewien grudniowy wieczór. Zanotowałam to na taśmie i dziś Czytelnikom moim prezentuję. KRYSTYNA TARASIEWICZ Najmilej wspominam pierwsze występy w naszej piwnicy miasteczka studenckiego w Krakowie. Był październik, zjechaliśmy się wszyscy po wakacjach i ulokowano nas w nowiutkich blokach akademickich na Czarnowiejskiej. I jak na każdym nowym terenie, zaczęły zawiązywać się różne samorządy. Muszę ze skruchą przyznać, że zawsze miałem tendencję do tego, aby coś organizować, w czymś uczestniczyć - nie żebym był tzw. działaczem, to była po prostu pasja społecznika. Wraz z kilkoma kolegami zawiązaliśmy komisję kultury ZSP i aby wypróbować nasze umiejętności - jako studenci architektury - postanowiliśmy urządzić piwnicę w naszym bloku. Zrobiliśmy wspólnie projekt i wywalczyliśmy pozwolenie na jego realizację. Ktoś przyniósł stos bambusów i zrobiliśmy takie bardzo orientalne wnętrze, które nazwaliśmy Bambuko - tak trochę przekornie, a trochę śmiesznie. W Bambuko zaczęły się nasze pierwsze spotkania, próby i występy dla kolegów ze studenckiego miasteczka. Na wydziale architektury poznałem Janka Pawluśkiewicza i Tadka Kalinowskiego i dogadaliśmy się wspólnie, że moglibyśmy spróbować wystąpić w "Bambuko" ze studencką piosenką. W domu, jeszcze w dzieciństwie uczyłem się grać na fortepianie i teraz wiedziałem, że przede wszystkim potrzebny jest nam instrument. Właśnie w studenckim miasteczku pojawiło się pianino i od tego wszystko się zaczęło. Przynieśliśmy to pianino z drugiego bloku do piwnicy i zaczęły się pierwsze próby. Może to jest i charakterystyczne, że od razu zaczęliśmy pod kątem pisania muzyki do wierszy, do tekstów pisanych przez nas, ale nie mających wiele wspólnego z piosenką popularną. Dla nas to była świetna zabawa, a że w tym momencie pewna część ludzi chciała i umiała się z nami bawić - nic nam do szczęścia nie było potrzeba. Najpierw było nas dwóch - Janek Pawluśkiewicz i ja. Chodziliśmy do szkół muzycznych na poszukiwania i tam znaleśliśmy wiolonczelistkę. Później doszedł skrzypek - Zbyszek Wodecki, ten który gra teraz u Ewy Demarczyk.
![]() Pamiętam te pierwsze zimowe wieczory w miasteczku. Marzło się strasznie, bo mury bloków były świeże, jeszcze nie wysuszone. Tymczasem zbliżał się dzień premiery naszego kabaretu i w końcu trzeba było w 12 godzin zbić z desek całą scenę. Sala była niewielka, może 5x5 czy 5x 6 metrów. Czwartą część salki zajmowała estrada z pianinem, a reszta była widownią. Mieliśmy z jej urządzeniem niemało kłopotów. Krzesła ściągaliśmy z całego bloku, no ale w końcu udało nam się wszystko przygotować do naszej premiery, na którą zaprosiliśmy tylko najbliższych znajomych i nasze rodziny. Śpiewałem wtedy pierwsze nasze piosenki - "Tango Anawa" i "Serce". Spodobały się obie tej naszej pierwszej publiczności i to ośmieliło nas do dalszej pracy. Później Janek Pawluśkiewicz zrobił muzykę do wiersza Tuwima "Sen złotowłosej dziewczynki", który wyszukałem w tomiku i piosenkę nazwałem "Pomarańcze i mandarynki". Była tam nutka czystej łzy, a robiono sobie z tego dowcipki, że śpiewałem to serio i w końcu mówi się o mnie, że jestem piewcą spraw liryczno- miłosnych. Są to sprawy proste, o których śpiewa się u nas banalnie, bez żadnego zaangażowania i używa się zawsze tych samych, wyświechtanych już zwrotów. Postanowiliśmy o tych niby najprostszych sprawach powiedzieć inaczej, bo nie zakładaliśmy jakichś wielkich problemów treściowych i tekstowych, ale już w naszej pierwszej - tytułowej piosence, w "Tangu Anawa" powiedzieliśmy o naszym kabarecie, że: Teatr to dziwny, teatr jedyny, gdzie sens, gdzie treść czort jeden zna..." Był to jakiś nasz pogląd na życie w tym momencie i bardzo nas to bawiło. Jest tam też zwrot: "Pani mi mówi niemożliwe..." do dziewczyny czy kobiety mówiliśmy tak poprzez piosenkę, ale to było tak, jak naprawdę chcieliśmy do otaczających nas dziewczyn mówić. Zgłosiliśmy się z tymi trzema pierwszymi piosenkami na eliminacje uczelniane przed festiwalem piosenek i piosenkarzy studenckich. Na pięciu startujących na Politechnice Krakowskiej kandydatów, uzyskałem drugie miejsce i zostałem dopuszczony do do udziału w konkursie międzyuczelnianym piosenkarzy studenckich z całego Krakowa. Koncert odbywał się w "Jaszczurach". Pamiętam że miałem ogromną tremę, występowało chyba sześćdziesięciu śpiewających studentów, w tym dziesięciu ze szkoły teatralnej, a więc szanse miałem nikłe. I wtedy nastąpił ten szczęśliwy wieczór. Sukces na cały Kraków - pierwsze miejsce. Na sali była Ewa Demarczyk. Po koncercie usłyszałem od niej tyle ciepłych słów. To mnie zupełnie odmieniło. Bo niby to mała rzecz z piosenką, o której się mówi, że jest sztuką przez najmniejsze "s", ale w tym momencie stało się coś ważnego. Po krakowskiej, w listopadzie 67, przyszła eliminacja krajowa. Uzyskaliśmy Grand Prix Dziennikarzy za "Tango Anawa" i jako wykonawca dostałem drugą nagrodę. Trochę później uświadomiłem sobie, że dawne miejsce XIX wiecznego poety - przywódcy duchowego, wieszcza, moralisty czy szamana zajął w XX wieku ponownie - po średniowiecznych trubadurach - piosenkarz. I to, jak się mi się wydaje, poprzez komunikatywność, łatwość i lotność dotarcia - poprzez telewizję, radio, taśmy i płyty, a przede wszystkim bezpośrednio przez estradę. Uzyskałem szansę i postanowiłem ją wykorzystać. Ta druga nagroda stała się bodźcem do dalszej, wzmożonej pracy nad piosenką. W pół roku później, na festiwalu w Opolu 68, zaśpiewałem "Serce". To był mój pierwszy występ przed tak liczną publicznością w amfiteatrze i przed telewidzami. I choć wtedy w Opolu nie uzyskałem nagrody, tylko wyróżnienie, był to dla mnie bardzo ważny występ. W miesiąc później pojechaliśmy do Świnoujścia na studencką FAMA 68, oczywiście z całym kabaretem Anawa, bo mówiąc o moich wystąpieniach w konkursie czy na festiwalu muszę przypomnieć, że to wszystko było związane z kabaretem. Pytają czasem, skąd się wzięło Anawa. Wzięliśmy ją z francuskiego En avant - co miało być "naprzód", ale na zasadzie kabaretu, a więc przez pryzmat śmiechu, humoru i parodii. I dlatego spolszczyliśmy:Anawa. I na zasadzie przekory, że jak postęp w piosence, to tradycyjne instrumenty - smyczki, wiolonczela i odwrotnie - nowoczesny aranż i tekst romantyczny, poetycki - Mickiewicza, Wyspiańskiego czy liryki Tuwima. Na Famie wystąpiliśmy z programem naszego kabaretu zajmując drugie miejsce, a oprócz tego startowałem w konkursie piosenkarzy, w którym jak pamiętam uczestniczył także Tadeusz Woźniak i Andrzej Piasecki. Śpiewałem wtedy "Serce", a także dwie nowsze piosenki - "Nie chodź dziewczyno do miasta" i "Koń darowany", napisane przed Opolem przez Janka Pawluśkiewicza do tekstu Tadeusza Kubiaka. Co to było za zwycięstwo! Wreszcie upragnione pierwsze miejsce. Upragnione - ale jakie zobowiązujące! Zaraz po wakacjach wzięliśmy się energicznie do pracy i wtedy powstały następne utwory - "Niepewność" do słów Mickiewicza i "Zadymka" Tuwima, którą nagraliśmy w radio i od tego czasu z estrady studenckiej wyszliśmy na szersze wody. "Niepwność" śpiewałem na giełdzie TV i choć nie wygrałem wtedy, piosenkę puszczono w radio, a następnie zostałem zaproszony do Radiowego Studia Piosenki, gdzie nagrałem "Nie chodź dziewczyno do miasta", "Zadymkę" oraz "Pomarańcze i mandarynki". Jednocześnie studiowałem V rok architektury i mieszkając w miasteczku akademickim nadal występowałem z naszym kabaretem w piwniczce Bambuko.Aż pewnego dnia, powiedziano nam: hola, hola, wy sobie jeździcie na różne festiwale, a my tu musimy mieć komisję kultury młodą, świeżą. Cześć, cześć! Wono nasze bambusy, zlikwidowano naszą tam działalność, ale okazuje się, że ten klub już nie istnieje, a wielka szkoda. Przeszliśmy wtedy do serca Krakowa - do Teatru 38, pod same Sukiennice i pod jego egidą jako studencki kabaret Anawa występowaliśmy raz w tygodniu dla ludzi z miasta. Kiedyś pokusiłem się o napisanie pastiszu na teksty piosenek. W 38 zwrotkach na "będziesz" zmieściłem wszystkie niemal najbardziej używane w piosenkach wyrazy, a więc: kwiaty, liście, słońce, noc sierpniowa, burza jesienna, róża, itd i ułożyłem to w taką modlitwę przyszłości pod tytułem "Będziesz". I nagle, zupełnie niespodziewanie, z utworu traktowanego kabaretowo, wyrósł przebój "Będziesz moją panią", który stał się później motywem do filmu telewizyjnego. Z tego studenckiego - w końcu jednak środowiskowego - a więc zamkniętego kręgu, piosenki nasze zaczęły się przebijać i wkrótce "Będziesz moją panią" została radiową piosenką miesiąca.
![]() Na Opole 69 przyjechałem już z pięcioma piosenkami i wraz z zespołem występowałem w trzech koncertach festiwalu, wykonując "Wesele", "Serce", "Tango Anawa", "Będziesz moją panią" i "Nie dokazuj". Ta ostatnia piosenka napisana była na zasadzie zupełnego śmiechu w kabarecie, przeznaczona na zakończenie programu, jako żartobliwa odezwa do tego wszystkiego, co wykonaliśmy w ciągu półtorej godziny. I tu, jak w poprzednich naszych piosenkach wygrał przede wszystkim tekst. Bo taka jest prawidłowość piosenki literackiej, kabaretowej. I stąd nasze teksty, niby nie banalne, ale w sumie jednak proste, jak "weź to serce, wyjdź na drogę i nie pytaj się dlaczego" trafiły do każdego odbiorcy. "Wesele" otrzymało w Opolu nagrodę Polskiego Radia i Telewizji. Było to już pasowanie do skali profesjonalnej - to o czym skrycie , po cichu marzyłem, stało się faktem dokonanym. Ale wiele mieliśmy jeszcze przygód, przejść, kłopotów, wynikających z tego, że strasznie po amatorsku traktowaliśmy sprawy zawodowe, bo my jeszcze ciągle bawiliśmy się tym naszym śpiewaniem i muzykowaniem, zbieraliśmy się jak na zbiórkę, a tu studio czeka i czas się bardzo liczy, wszędzie rygory i oto nastąpił moment, w którym doszliśmy do przekonania, że to co jest obecnie to już właściwie dla nas ciężka praca, a zabawa ma być tylko dla publiczności. I nastąpiło wielkie przeistoczenie. Zaczęło się od trzymiesięcznego tournee po Związku Radzieckim, na które zabrał nas PAGART. W dwudziestu miastach daliśmy w sumie dziewięćdziesiąt koncertów i nie da się ukryć, że była to wyczerpująca praca, a nie wycieczka jak nam się początkowo mogło wydawać. Przed południem zamiast zwiedzania - próby, a potem różne zażarte dyskusje zawodowe, w któych co prawda nie uczestniczyliśmy i staliśmy tak trochę z boku, bo ciągle właściwie jako ten studencki kabaret patrzeliśmy na seriożnych zawodowców z przymróżeniem oka. Po powrocie ze Związku Radzieckiego musieliśmy dokonać już ostatecznego wyboru. Jako studenci osiągnęliśmy tak dużo w piosence, że mogliśmy tylko dokonać przejścia do wyboru zawodu. Tak po uzyskaniu absolutorium na Wydziale Architektury - zostałem zawodowym piosenkarzem. Cały kabaret Anawa dokonał tego samego wyboru i już jako zespół miasta Krakowa, podległy Wydziałowi Kultury Miejskiej Rady Narodowej dostaliśmy salę - na razie zastępczą w klubie dziennikarzy. Otrzymaliśmy też szereg propozycji, po pierwsze nagrania płyty długogrającej, a następnie nakręcenia filmu telewizyjnego. Zaproponowano mi też napisanie piosenki, a potem trochę muzyki do sztuki Ścibora-Rylskiego "Rodeo", którą reżyserował Tadeusz Łomnicki. W efekcie powstała piosenka, do której czuję największy chyba sentyment - "Twoja postać". Jest to jedna z nielicznych moich kompozycji, bo większość naszych piosenek Janek Pawluśkiewicz od początku komponował. Dopiero później, dla przyspieszenia tempa pracy i dla zróżnicowania repertuaru postanowiliśmy robić to osobno, oczywiście łącząc niektóre pomysły razem. W wigilię 1969 roku telewizja polska wyświetliła film "Będziesz moją panią", w którym śpiewałem pięć piosenek, a na początku roku 1970 nagraliśmy płytę. Po kilku koncertach w klubie dziennikarzy przenieśliśmy się do piwnic Muzeum Archeologicznego przy rogu ulic Senackiej i Poselskiej, za co należy się wielkie podziękowanie dla Wydziału Kultury. Otóż wchodzi się tam przez bramę w wysokim grubym murze, wprost na rozległy dziedziniec, na którym w lecie organizowaliśmy czasem koncerty tak pod gołym niebem. Z tego dziedzińca przez kolejną bramę wychodzi się na ogród, przez który widać wieże Wawelu, a wieczorem cały oświetlony Wawel. Przez ogród przechodzi się do drzwi i korytarza wiodącego do piwnic, których jest tam chyba z dziesięć. W jedenj z nich właśnie się zagnieździliśmy. W tym czasie pozyskaliśmy dla zespołu nowych muzyków: Jacka Ostaszewskiego, który po kilku latach pracy z czołowymi grupami jazzowymi osiadł w Krakowie, Eugeniusza Makówkę - perkusistę i Marka Jackowskiego - jedynego znanego nam w Polsce propagatora muzyki Ravi Shankara i wykonawcę muzyki orientalnej. Podczas wielogodzinnych wspólnych prób, zaczął powstawać program, który obecnie wykonujemy. Jest to swego rodzaju spektakl, czy raczej widowisko muzyczne, w którym oprócz piosenek - rzecz jasna zawsze dominujących - proponujemy fragmenty czy zamknięte propozycje instrumentalne. Wykonawcy tych utworów to z jednej strony ludzie zafascynowani muzyką Bacha, Vivaldiego i Corellego, z drugiej studiujący Hindemitha czy Stockhovsena. Doświadczenia z zakresu muzyki współczesnej ( szczególnie jazzowej) pozwalają na wykorzystywanie tych elementów w naszej twórczości. Z doświadczeń tych czerpiemy pomysły dla nas najbardziej istotne i najbardziej odpowiednie do każdego utworu. Oczywiście pierwszy okres fascynacji poezją romantyzmu czy Młodej Polski minął. Obecnie zainteresowania nasze poszły w kierunku tekstów współczesnych, stąd sięgnięcie do wierszy Przybosia, Zycha, czy tekstów Leszka Moczulskiego. Jak dalej prowadzić będziemy tę linię? Odpowiedzią na to będą efekty naszej pracy. Ale jeszcze wróćmy do przeszłości. Moje pierwsze życiowe plany i pierwsze nięsmiałe próby powstały w moim rodzinnym mieście, mieście dzieciństwa i lat gimnazjalnych w Zamościu. Jak każdy niemal młody uczniak próbowałem sił w różnych kierunkach, i jak każde dziecko które naśladuje dorosłych, starałem się naśladować poetę, piosenkarza, muzyka, malarza. Szukałem po prostu siebie i tych cech które mnie wydawały się godne, ważne i poważne. Zabierałem się do różnych rzeczy. W początkach szkoły średniej bardzo górowała nade mną jakaś sympatia do przedmiotów humanistycznych, ale później zdecydowałem się pójść na architekturę. Zacząłęm namiętnie rysować, jednocześnie wziąłem się za matematykę, nawet na tyle, że trafiłem na olimpiadę matematyczną. Otkąd zetknąłem się z literatuą, od lektur szkolnych począwszy, imponowały mi cechy człowieka renesansu, a więc ta autentyczna wszechstronność, a więc jednocześnie malowanie i liczenie. Imponowali mi ludzie, którzy z różnych gałęzi sztuki i różnych gałęzi wiedzy potrafili wybierać i wykorzystywać wiele słusznych rzeczy i dawać z siebie wiele na raz. Dziś po paru latach doświadczeń wiem, jak to jest niesłychanie trudne. Ale wracając do piosenki, towarzyszyła mi ona w jakiś sposób od bardzo dawna. Uczyłem się w latach szkolnych grać na fortepianie, grałem i śpiewałem na różnych szkolnych imprezach i zabawach. Ogromnie lubiłem tak modną u nas przed laty piosenkę włoską. Potem ta miłość przeszła mi na rzecz piosenki angielskiej. Niezapomniane wrażenie wywarła na mnie słyszana po raz pierwszy w radiu piosenka Beatlesów - Twist and shout - było to coś tak nowego i spontanicznego. Rzadko zdarzało mi się tak silnie przeżywać słuchaną piosenkę, właściwie to było tylko przy słuchaniu Ewy Demarczyk czy Niemena. A sam Kraków - jakież to miasto inspirujące! Tutaj dojrzały wszelkie plany twórcze. Przyznaję, iż to że w początkach zdecydowaliśmy się właśnie na Mickiewicza czy Wyspiańskiego odbyło się nie bez wpływu nastroju miasta. Sięgnięciem do arcydzieł takich mistrzów oraz ich oprawą przez bogate brzmienie chcieliśmy złożyć hołd ich wielkiej sztuce, a zarazem zdając sobie z wielkiej siły korespondencyjnej jaką posiada piosenka, przybliżyć chociaż najdrobniejsze fragmenty, jak najszerszemu kręgowi odbiorców. Z lektury tomików poezji brały się inspiracje tekstowe, a muzyka była ich oprawą. Piosenki powstawały w różny sposób. Muzykę w pierwszym etapie pisał Janek Pawluśkiewicz albo ja. Potem następowało opracowanie zespołowe, i każdy z muzyków wnosił swe doświadczenia do dyskusji nad brzmieniem, sposobem grania, interpretacją. Repertuar staramy się traktować w sposób wszechstronny. Nie da się ukryć, że kiedy przed trzema laty zaczynaliśmy, różnice repertuarowe brały się z różnych stylów literackich, jako że nasze teksty pochodziły z różnych okresów literatury. W roku 1970 przenieśliśmy się wreszcie do naszej upragnionej własnej siedziby. W tym roku nastąpiła też gruntowna zmiana profilu naszego zespołu oraz repertuaru - zarówno pod względem muzycznym, jak i tekstowym. Zespół rozszerzył skład i do tradycyjnego kwartetu smyczkowego doszła sekcja rytmiczna, a więc kontrabas, gitara i perkusja. Wszechstronność muzyczna stała się naszym celem przewodnim i znalazła swój wyraz w nowoczesnym traktowaniu sekcji rytmicznej. Uagresywniło to stronę wokalną. Jednocześnie nasze nowe teksty dotyczą współczesności. Przykładem tego są nasze ostatnie pozycje reperuarowe np. "Korowód" - Leszka Moczulskiego czy "Kantata" - Jana Zycha. W pierwszym całościowym programie, którego nieoficjalna premiera odbyła się w sali teatralnej międzynarodowego hotelu studenckiego Riviera w Warszawie, umieściliśmy obok dawnych utworów zupełnie nowe aby, stając się kontrastem do dawnego stylu zamknęły kompozycje całego spektaklu. Tyle mówię tutaj o tym, co złożyło się na obecny program, że nie mogę pominąć tych wszystkich, którzy nad nim pracowali i pracują do dziś. Obecny skład zespołu to: Anna Wójtowicz - wiolonczelistka, absolwentka średniej szkoły muzycznej, Zbigniew Paleta - skrzypek, absolwent PWSM, Tadeusz Kożuch - altówka, po średniej szkole muzycznej, Jacek Ostaszewski - kontrabas, czołowa postać polskiego jazzu, Marek Jackowski - gitara i instrumenty hinduskie, student anglistyki, Eugeniusz Makówka - perkusja, rodem z Łodzi, student Politechniki, no i Jan Kanty Pawluśkiewicz - fortepian, kierownik muzyczny i kompozytor zespołu. Nad dźwiękiem pracuje Jacek Mastykarz, nad światłami Michał Pawluśkiewicz. Na koniec kilka słów o moim warsztacie piosenkarskim - jak ja go widzę. Moje pierwsze próby i doświadczenia wykuwały się w kabarecie literackim, gdzie tekst zawsze dominuje nad melodią i dlatego traktowanie tekstu bardzo serio, nie zawsze pozwala na popis wokalny. Nie uważam się zresztą za wokalistę, ale za odtwórcę tekstów na pewnych kantylenach, na pewnych melodiach. Czasem tekst tak mnie zdeterminował i wciągnął, że całe frazy mówiłem nie chcąc rozproszyć słów na melodie i w takim momencie śpiewały skrzypce. Ostatnio napisałem piosenkę, w któej śpiewam, że "ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy, ważnych jest kilka tych chwil, na które jeszcze czekamy". Jest to piosenka o przyszłości. |