|
Przegląd albumów muzycznych Marka Grechuty Krajobraz pełen nadziei (1989)
Gdy płomień świec ogrzewa myśli chłód "Będziesz zbierać kwiaty,będziesz się uśmiechać,będziesz liczyć gwiazdy,będziesz na mnie czekać..."Tak zaczynała się bodaj pierwsza autorska piosenka Grechuty. Dwadzieścia lat później tej samej kobiecie śpiewa: "Na pewno się spotkamy - miłość drogę zna", "Kiedy mnie pytasz, czym jest miłość, mówię - tobą jest..." albo "Cicha jak sen, dobra jak ten promyk jej ciepłych oczu, Wierna jak cień w pogodny dzień..."Temat miłości zawsze był w jego twórczości bardzo ważny, często mówi się o nim jako o mistrzu "piosenki miłosnej" (wystarczy posłuchać choćby, co stworzył z erotyków Leśmiana). Ale co ważniejsze, jest to też istotny aspekt jego twórczości poetyckiej. Utwory autorskie albo własne wiersze do muzyki Pawluśkiewicza ("Pieśń jedenasta", później przekształcona w "Piosenkę" do tekstu Przybosia, "Tango Anawa", "Nie dokazuj", "W dzikie wino zaplątani", "Dni, których nie znamy", "Świecie nasz") od początku pełniły ważną rolę w repertuarze piosenkarza (należy tu wspomnieć jeszcze choćby autorskie "Jeszcze pożyjemy", "Godzinę miłowania" czy "Muzę pomyślności"). I choć wiersze jakichś szczególnych walorów literackich nie reprezentują, muszą mieć jednak w sobie coś bardzo przekonującego - a muzyka i śpiew czynią z nich czasami małe arcydzieła. Często na tyle skutecznie, że np. wielu ludzi zachwyca się głębią poezji w "Dni których nie znamy", podczas gdy jest to prościutki tekścik powstały w zasadzie na potrzeby piosenki i nie wydany w żadnym z kilku tomików poetyckich artysty. Oczywiście nie znaczy to wcale, że teksty są banalne albo głupie - to właśnie ich poziom "intelektualny" czynił z piosenek takie szlagiery. Często określa się Grechutę jako poetę, częściej nawet niż jako kompozytora. I choć początkowo bardzo buntowałam się przeciwko temu, wydaje mi się, że w pewnej przenośni jest to doskonałe określenie. To poeta właściwie, a nie muzyk czy malarz, jest jakby najpełniejszym wyrażeniem dla słowa "artysta". A Marek w życiu codziennym był, jak można wyczytać, dokładnie takim artystą, jak na scenie czy w studiu nagraniowym. Osobiście spotykało się nie postać z pierwszych stron gazet, ale osobę, jaką tylekroć słyszało się w płytowych czy radiowych nagraniach. Kochał poezję całym sobą, i choć muzyka była dla niego zupełnie inną Muzą, potrafił nią doskonale wyrazić najwyższe piękno, które dostrzegał w poezji. Często tego rodzaju sztuki, który kochamy najbardziej, nie potrafimy robić najlepiej (dlatego tak uwielbiamy tych, którzy to potrafią), a w tym, który w pewien sposób mniej sobie cenimy, możemy być geniuszami. Tak było moim zdaniem w przypadku Grechuty, który, nie umiejąc może pisać poezji najwyższej klasy, komponował doskonałą muzykę, którą tak naprawdę składał hołd poezji. Ale ciągle pisał własne wiersze - stworzył m.in. cykl o sporcie (którego był wielkim entuzjastą i wielbicielem), cykl oparty na "Sztandarach" rzeźbiarza Władysława Hasiora (częściowo także umuzyczniony przez piosenkarza i wykorzystany w spektaklu Andrzeja Maja i Stanisława Zajączkowskiego "Pęknięte niebo" w 1988 roku), cykl "Wierszy dla syna", w dużej mierze wykorzystany później na płycie "Piosenki dla dzieci", obszerny cykl o "Niezwykłych miejscach", który stał się w 2003 roku inspiracją dla płyty o takim tytule czy wreszcie wiersze oparte "na obrazach", z których już w '81 roku w dużej mierze stworzył bardzo udaną płytę "Śpiewające obrazy". Ale spora część wierszy, przynajmniej do pewnego czasu, leżała w szufladzie albo najwyżej była drukowana, czasami być może szybko doczekując się także muzyki, ale rzadko nagrań. W połowie lat 70-tych Grechuta zajmował się głównie Witkacym, czasem też pisał muzykę do innych artystów (w '77 roku np. zaangażował się w projekt Piwnicy pod Baranami w reżyserii Andrzeja Maja oparty na "Dziennikach" Gombrowicza - proza! - i w nagraniach dodatkowych do wznowionej wersji "Szalonej lokomotywy" możemy usłyszeć koncertowe wykonanie z '84 roku niezwykłego utworu "Człowiek spotęgowany człowiekiem"). Później pochłonął go Nowak, Leśmian. '81 rok wreszcie zaowocował autorską (w większości) płytą, kolejne cztery autorskie utwory można było usłyszeć dopiero w '87 roku ("Wiosna - ach to ty"). I wreszcie, dwa lata później, zrobiwszy już masę niezwykłych projektów, które przyniosły mu kolejno sławę, a potem rosnące uznanie i pozycję artystyczną - piosenkarz postanowił pośpiewać o tym wszystkim, co jest dla niego w życiu ważne. I tak powstała jedna z trzech w pełni autorskich (z wyjątkiem bonusowego "Krakowa" na ostatniej) płyt kompozytora-poety - "Krajobraz pełen nadziei". Wita nas niezwykły hołd - składany... poezji właśnie. Słyszymy: "Jesteś zielenią mą,jesteś błękitem mym,dobra poezjo, sługo życia, ponad światem złym..." Jednak najwyższym dobrem okazuje się jeszcze coś innego - żona, najwspanialsza w życiu nagroda, najcierpliwszy opiekun, najwierniejszy przyjaciel. Pisałam wcześniej, że "W malinowym chruśniaku" jest jedną z najpiękniejszych opowieści o miłości, jaka powstała. A czyż własna historia Grechuty nie była również jedna z takich opowieści? Niewątpliwie utwór "Nieoceniona" (z tej właśnie płyty) jest jedną z najbardziej wielbionych piosenek Grechuty z tego późnego czasu, a i "Będziesz moją panią", czy śpiewane przez zakochanego "chłopaka", czy zupełnie dojrzałego mężczyznę, zawsze i niezmiennie chwyta mnie za serce i wywołuje mimowolny, szeroki, rozczulony uśmiech. A przecież piosenka jest prosta - choć nikt chyba nie śmiałby powiedzieć: "banalnie prosta". Słowa o tym, że "jesteś najpiękniejsza ze wszystkich", "to było przeznaczenie", "jestem szalonym szczęściarzem", "kocham cię", nie są w żadnym calu odkrywcze. Tylko geniusz ze zdania "Będę z tobą tańczyć, bajki opowiadać" potrafi uczynić coś, co jest autentycznie piękne dla postronnych. Nie dziwi, że jeden odcinek z serii TVN Style pt. "Taka miłość się nie zdarza" był poświęcony państwu Grechutom. Niewątpliwie jego piosenki poświęcone ukochanej zawierają tysiące przemilczeń oraz obraz żony widziany przez Marka w chwilach poetyckiego uniesienia. Ale artysta miał to do siebie, że zawierał w utworach to, co najważniejsze, czyniąc je czytelnymi i tak bardzo rozgrzewającymi serce. Cokolwiek by nie było, pisał szczerze, czemu nikt, kto słyszał choćby jego piosenki, nie potrafiłby chyba zaprzeczyć (to się nazywa charyzma!). I dlatego historia młodzieńca zakochanego miłością niczym nie skażonych złudzeń i marzeń, przeistaczająca się w brzmiące echem wszystkich sprzeczek, smutków i wzajemnych rozczarowań uwielbienie dojrzałego mężczyzny - tak bardzo chwyta za serce. Bo jak mało która ze wspaniałych książkowych opowieści - jest prawdziwa. Od początku bujający trochę w chmurach artysta wymagał zupełnie prozaicznej pomocy, a w domu, kiedy tworzył (a tworzył często), nie było z niego zbyt wielkiego pożytku - więc w taki sposób, śpiewając przepiękne piosenki, wyrażał "swojemu aniołowi" wdzięczność. Na dwa lata wcześniejszej płycie na sześć utworów wokalnych dwa były piosenkami autorskimi poświęconymi, jak można się domyślić, żonie. Tutaj artysta nie pozostawia żadnych wątpliwości - już w drugim utworze (pierwszym o tej tematyce) w do głębi wzruszających słowach mówi o swojej "świętej żonie". Podobno pani Danuta nie wiedziała, że mąż będzie tam śpiewał w taki sposób - twierdzi, że by mu na to nie pozwoliła(a jej zdanie decydowało o losie wielu utworów), i on chyba o tym wiedział. Ale, chyba na szczęście, piosenka "Nieoceniona" zachowała tę swoją wspaniałą formę. Ale nie samą miłością i poezją człowiek żyje. Dalej na płycie może spotkać nas zaskoczenie - w utworze "Tajemniczy uśmiech" Grechuta śpiewa o... Giocondzie (Mona Lisie). Utwór rodził się "tematycznie", w okresie "Śpiewających obrazów", ale po licznych obróbkach i ewolucjach trafia na płytę dopiero teraz, stając się metaforą przemijania świata i zatracania w nowoczesności, które smutny uśmiech Mona Lisy zdaje się "przewidywać". Ale nie ma to być płyta pesymistyczna. Pojawia się nam tytułowy "Krajobraz pełen nadziei", który określiłabym jako taki swoisty testament, błogosławieństwo Marka. "Pieśń wigilijna" to z kolei osobista modlitwa. Tytuł nawiązuje do tragicznego wprowadzenia stanu wojennego podczas przygotować do Wigilii '81 (wprowadzono go trzy dni po 36. urodzinach artysty). Ale jest to jedyna tego rodzaju aluzja - Grechuta skupia się tu raczej na metafizycznym wymiarze ludzkiej pracy ("Codziennie się staramy, by zrobić podobny cud..."), na pokornej prośbie o "mały gest" od Boga ("Niech nas nie poszarza trudów codziennych trans,niech się czasem zdarzy nam tych kilka szans"). Znamienne, że utwór został wydany na płycie dopiero na początku '89 roku - czyżby nadzieje miały się spełnić? Pewnie tak, choć wymęczony, postarzały głos artysty zdaje się jakby mówić o niejednoznaczności tego triumfu. Dalej mamy jeszcze trzy utwory - jeden sławi pracę ludzi, którzy klęczą "na kolanach w polu grudek, by wypełnić stołów krąg". Artysta wyraża szacunek dla tych, którzy wykonują tak prostą, ale jakże ciężką fizycznie pracę, na którą inni często patrzą z pogardą ("Składam pieśń do rąk spękanych,rozmodlonych w żyznej glebie"). Słyszymy zaskakujące w ustach artysty-intelektualisty porównanie: "Tak jak ci, co nocą ślęczą, by dokonać nowych czarów". Piosenka "Żyj tą nadzieją" zaś może być zawsze chyba aktualnym mottem - dojrzały, czasami przejmujący dreszczem, choć już nie zawsze czysty głos Grechuty przekonuje. Płyta, choć w zamierzeniu nastrojona zdecydowanie optymistycznie, nie jest jednak taka w stu procentach. Wokal artysty jest miejscami ociężały lub przepojony charakterystyczną już wtedy dla niego melancholią graniczącą z przejmującym smutkiem. Do tego obok - pesymistycznej przecież - "Drogi za widnokres" jest to jedyna płyta, gdzie Grechuta śpiewa zupełnie sam. Ale, także z tego powodu, jest to płyta zdecydowanie najbardziej osobista - a Marek był przecież człowiekiem potrafiącym przeżywać bardzo głęboki zachwyt i bardzo ceniącym życie. Tyle że ono dawało mu często w kość i dlatego z jego głosu przebija czasami mimowolny smutek, co może trochę kontrastować z optymizmem tekstów. Inni dostrzegają jednak w śpiewie Grechuty przede wszystkim ciepło i zachwyt. Dla mnie głos Marka brzmi wszędzie bardzo naturalnie - nie może być inaczej, ponieważ artysta nigdy nikogo nie udawał i nie śpiewałby już piosenek, z którymi nie potrafiłby się utożsamić. Jedyną piosenką mającą "programowo" dość pesymistyczny wydźwięk jest "Najdłuższa pora dnia", opowiadająca paradoksalnie o... nocy. Uduchowiony artysta cierpiał na tak prozaiczną, acz straszliwą przypadłość jak bezsenność i tu daje wyraz owej "tęsknocie za snem", który niesie często tak cudowne, a trudne do osiągnięcia wyzwolenie. Śpiewa o smutku, ale i o cudownych przeżyciach czy oczekiwaniu, które nie pozwalają zasnąć. Pojawia się dość gorzkie i, jak mi się wydaje, nieco ironiczne stwierdzenie: "Życie nie sen, a więc nie prześpij go - bezsenność wielu godzin wydłuża życie to...". Wojciech Majewski świetnie ujmuje śpiew w utworze: "W zaśpiewanym przez artyście słowie słychać ciężar nieprzespanych nocy: głos jest bardzo ciemny, senny, naznaczony zmęczeniem." Zachwyca aranżacja, jest to jeden z najbardziej intrygujących utworów na płycie. Podobnie jak "Wiosna..." płyta była nagrywana z Anawą. Na fortepianie akompaniuje sobie sam Marek, powracają choćby (z "czasów Witkacego") bracia Ścierańscy (Paweł ma już towarzyszyć Grechucie do końca, Krzysztof pojawia się jeszcze na "Dziesięciu ważnych słowach", "Drodze za widnokres(II)" i "Złotych przebojach"). Melodie są dość proste - to tekst był zawsze inspiracją, a tu teksty ze zrozumiałych względów są proste - ale bardzo przyjemne i trafione. W każdym utworze mamy fragment tylko instrumentalny (najczęściej jest to główny motyw piosenki), co zaprowadza równowagę - tekst nie wydaje się "przegadany". Jeszcze a propos coraz bardziej "ociężałego", a mniej porywającego wokalu artysty. Grechuta sprzeciwiał się temu, jakoby jego głos nawet na ostatniej płycie był "wymęczony". Trudno jednak oprzeć się takiemu wrażeniu. Ale wraz z traceniem pewnych walorów wokalnych, jego głos nabierał nie spotykanej wcześniej mocy oddziaływania, swoje apogeum osiągając w "Krakowie" (2003 rok), gdzie ledwo śpiewający Grechuta, skontrastowany przy tym z młodym i ładnym głosem Artura Rojka, powala jednak na kolana ogromną grupę zachwyconych słuchaczy. Jego starszy głos daje mi też coraz większe swoiste poczucie bezpieczeństwa, i choć humor zastępował z czasem trudną dla niektórych do zaakceptowania powagą, niemal patosem, jednak, jak to ktoś kiedyś ładnie określił, "dawał nam siebie takim, jakim był w każdym momencie swojego życia". A tu daje nam siebie dużo jak nigdy wcześniej. Piosenki dla dzieci (1991)
Żył raz królewicz, który zamarzył Swego czasu ukuto dość pogardliwe określenie "grechutki". Miało to sugerować, że piosenki tego artysty są dość niepoważne; owszem, zabawne, dowcipne, urocze i przyjemne, ale nie poruszające poważniejszych tematów, akceptowane przez "ogół", a więc o małej tak naprawdę wartości. Było to spojrzenie bardzo powierzchowne i, jak się szybko okazało, nieprawdziwe. Z pozoru proste, już najwcześniejsze kompozycje Grechuty i Pawluśkiewicza były zupełnie nietuzinkowe. Taka kompozycja tego pierwszego jak "Wesele" z '69 roku. Grechuta wykorzystał sceny 37. i 22. (umizgi i zabawa weselna) aktu I dramatu Stanisława Wyspiańskiego. Tekst śpiewany sprowadził do postaci Pana Młodego, Panny Młodej i Chóru Weselnego. Pawluśkiewicz mówi o "Weselu": "Genialna rzecz! Fantastycznie to skomponował. Jest to straszne dziwadło od strony muzycznej, a jednocześnie wszystko się zgadza i pasuje." Wojciech Majewski w analizie piosenki pisze: "Warstwa muzyczna podejmowała grę z tradycją różnych epok i konwencji muzycznych - przygrywka fortepianowa nasuwa oczywiste skojarzenia z Chopinem, początek i koniec utworu przypominają wolnego poloneza, segment środkowy to prawdziwy taniec weselny." I inne jego kompozycje z tamtego okresu mogą robić wrażenie. Paradoksalnie zaś, większość tych rozpowszechnionych "grechutek" jest w warstwie muzycznej autorstwa Jana Kantego! Ale nawet tak "chwytliwe" piosenki jak "Nie dokazuj" czy "Niepewność" nie mają prostej, popowej melodyjki. Każdy utwór ma własną konwencję, wszystkie mają wpisywać się w jedyną w swoim rodzaju stylistykę Anawy. Każdy otrzymał ponadto niepowtarzalną kreację wokalną Grechuty, który wkrótce stał się fenomenem piosenkarskim. Nie mając specjalnego głosu, nie skandalizując, szokując chyba tylko nieco nienaturalnym o 20-kilkulatka niemal zupełnym brakiem ruchu na scenie, krzyku albo charakterystycznej ekspresji, śpiewając teksty generalnie nie przyjmowane przez szerokiego odbiorcę - potrafił totalnie czarować słuchaczy (oczywiście nie wszystkich). Już od początku po kilku minutach koncertu sala ulegała jego magii. Gdy później bywał już w fatalnej formie - zdarzyło się na przykład, że muzycy grali, a publiczność chórem śpiewała jego piosenki, powodując łzy wzruszenia u schorowanego artysty. Jego głos stał się niezwykłym środkiem wyrazu, fascynującym swoją śpiewnością, zmiennością, nieprzewidywalnością i niejednoznacznością oraz wreszcie swoją specyficzną, choć cały czas zmieniającą się barwą. Wracając do "grechutek". "Korowód" starał się zburzyć ten wizerunek, stawiając przede wszystkim na poezję współczesną, podczas gdy poprzedni album zdominowali poeci dawni. Na tyle skutecznie, że Marek z romantycznego cherubinka stał się cherubinkiem-hippisem. Jednak dopiero wydaniem kolejnego albumu udało się Grechucie zburzyć tę swoją "kapliczkę", do czego gorąco namawiał do przyjaciel (Leszek A. Moczulski), doskonale widząc, jaki potencjał tkwi w dotychczasowych piosenkach artysty. Piotr Skrzynecki (założyciel Piwnicy pod Baranami), podchodzący dość sceptycznie do występującego kiedyś w kabarecie gościnnie - jak się zastrzegł - młodego artysty, miał później wszem i wobec głosić: "Grechuta to najgenialniejszy polski artysta". On zaś dalej tworzył z pełną wiarą i żarliwością, zdobywając serca kolejnych krytyków. Przede wszystkim jednak serca zwykłych ludzi. Dla nich określenie "grechutki" nie było pogardliwe ani obraźliwe, te "grechutki" były jasnymi promyczkami niosącymi nadzieję, optymizm, dobro. Do tego ludzi na początku swojej drogi artystycznej przyzwyczaił i za to go pokochali. Za to, że śpiewał o swoich marzeniach i rozczarowaniach (także słowami wielkich poetów), z którymi tak łatwo było się utożsamić. W wywiadzie z '74 roku Grechuta mówił, że "nie było to żadne programowe albo koniunkturalne pociągnięcie, żeby być zauważonym. Po prostu mnie autentycznie interesowała sprawa literatury i jeśli myślałem o śpiewaniu czegokolwiek, to właśnie wierszy.(...)Nie wyobrażałem sobie do tego muzyki, która mogłaby to zagłuszyć czy też być schematyczna i starałem się zrobić oprawę właściwą, z pietyzmem dla tych wierszy i spraw, o których mówią. To, co się wypowiada jest bardziej istotne od "politurowanej" emisji. Utwory, w których warsztat i forma są najważniejsze, częściej przemijają niż to, co jest powiedziane najszczerzej, najprawdziwiej. Tak mi się zawsze zdawało. Późniejsza twórczość, choć zawsze w pewien sposób oparta na tym zasadniczym punkcie, była coraz trudniejsza do zaakceptowania przez szeroką publiczność - coraz bardziej odbiegająca od formy piosenki, czasem mroczna i gorzka, czasem surrealistyczna, czasem ironiczna, z tysiącem niuansów, które wciąż niepokoją i intrygują. Jego głos zaś staje się zupełnie nieprzewidywalny. Dopiero płyta z '87 roku, "Wiosna - ach to ty", była dla fanów jego wczesnych piosenek powrotem na pewny grunt - stąd ciepłe przyjęcie albumu. Ale już kolejny nosił dość wyraźne znamiona zmian, które zaszły w artyście - coraz bardziej wyczerpujących zmagań z chorobą oraz smutku, którym z wiekiem napawa nas doświadczenie. Dystansował się do genialnych "zabaw z Witkacym", dystansował się do rodzaju humoru, który te w nim rozbudziły. Świat piosenek Marka Grechuty, choć przesycony tytułową nadzieją z płyty z '89 roku i dojrzałym zachwytem nad światem, stawał się coraz bardziej, nieco mimowolnie, melancholijny. Trochę nawet ponury. I w 1991 roku artysta niesie nam ukojenie. Choć pewna część jego piosenek znajdowała uznanie i u najmłodszych słuchaczy, nigdy jednak - z oczywistych przyczyn - nie była to twórczość im przeznaczona. Teraz 45-letni artysta mający już 19-letnirgo syna postanawia wydać płytę z "Piosenkami dla dzieci". Na okładce kasety (we wznowieniach albumów artysty okładka ulega zmianie) widzimy obraz - śpiącego chłopca zawiniętego w kołdrę. Jest to portret Łukasza Grechuty autorstwa jego ojca. Z myślą o synu powstała też spora część wierszy wykorzystanych na płycie.
Sporą część utworów Grechuta wykonywał na recitalach już dużo wcześniej. Paradoksalnie, w latach 90-tych, czyli w czasie, gdy powstawała ta płyta, już raczej nie. Jego śpiew stał się wówczas bardzo podniosły, do czego owe lekkie, niezwykle dowcipne piosenki nie przystawały. Na płycie także ich jednak także nie wykonuje. Dwa utwory, "Jadę pociągiem prawdziwym" i "Muszę dziś wykonać plan", śpiewa 10-letni Tomek Wertz. Młodziutki głosik chłopca pasuje tu doskonale, tekst nie brzmi w jego ustach infantylnie. Wcześniej Grechuta, śpiewając te utwory na koncertach, celowo wywoływał i pogłębiał taki efekt, z powagą zapowiadając swój śpiew: "Do wykonywania dla dzieci do lat dziesięciu". Jeden z tekstów ("Piękne jest królestwo nasze") napisała Krystyna Wodnicka, drugi zaś tekst obcego autorstwa to... wiersz Juliusza Słowackiego! Spotkanie muzyczne z twórczością wieszcza, w rzeczywistości dużo bliższe niż z Mickiewiczem (tylko "Niepewność" do muzyki Pawluśkiewicza oraz moniuszkowskie "Czaty" i "Znasz-li ten kraj" na XIX Festiwalu Moniuszkowskim w Kudowie Zdroju, na który Grechuta został zaproszony w '80 roku) zaowocowało kilkoma pięknymi piosenkami, które wykonywał m.in. w spektaklu Teatru TV Kraków "Najukochańsza moja mamo" (1985). Jeden z tych utworów, "Niechaj mnie Zośka o wiersze nie prosi" ("Z pamiętnika Zofii Bobrówny") wykorzystał na płycie. Pomysł raczenia dzieci Słowackim może wydawać się co najmniej przesadzony, jednak lekkość piosenki - nieco może przekorna - piękno melodii i piękno słów doskonale się sprawdzają - w moich mglistych wspomnieniach muzyki wczesnego dzieciństwa pojawiają się m.in. właśnie "Piosenki dla dzieci", a "Niechaj mnie Zośka o wiersze nie prosi" już wtedy ubóstwiałam. Grechuta po '89 roku czuł się już chyba artystą spełnionym - czego wyrazem było zwrócenie się ku własnym wierszom (mającym duży potencjał muzyczny). W '90 roku wydał "Złote przeboje", gdzie w odkrywczy sposób przedstawiał mniej lub bardziej udane nowe interpretacje najwcześniejszych piosenek (dwa pierwsze albumy), w '91 nagrał zupełnie nową wersję trzeciej płyty - "Droga za widnokres(II)"; tutaj odnalazł kolejny ciekawy pomysł na swoje piosenki - z wyrafinowanych, często surrealistycznych eksperymentów muzycznych skłonił się ku przeciwnemu biegunowi - prostocie i dowcipowi czytelnemu dla dzieci, ale i atrakcyjnemu dla dorosłych, oczywiście starając się wydobyć przy tym jak najwięcej piękna. Potem Grechuta wydał już tylko kolejno: album, w którym starał się poruszyć abstrakcyjne pojęcia, pragnąc uczynić z nich drogowskaz moralny ("Dziesięć ważnych słów" - 1993), "Złote przeboje 2" (1998), stanowiący podobnie jak osiem lat wcześniej próbę świeżego spojrzenia na przeboje, tym razem z okresu całej działalności, oraz "Niezwykłe miejsca" (2003), gdzie niemal już 60-letni Marek zabiera nas w podróż po miejscach, które w całym jego życiu szczególnie go zachwyciły. Oczywiście, wiadomo, że płyta ta dla niektórych będzie raczej ciekawostką niż poważną pozycją, dla innych jednak jest to wspaniały (mieniący się całą gamą barw), jasny promyk w tym mrocznym już okresie muzyki Grechuty, który jednak na zawsze zachował w sobie sporo dziecięcej naiwności i czystości umysłu. Dziesięć ważnych słów (1993)
Kiedy pracę się kocha, ceni i szanuje, Danuta Grechuta, pytana o to, czy mąż był bardziej poetą czy tekściarzem, odpowiada: "Raczej tekściarzem, nie pretendował do miana poety, nie chciał się równać z poetami, których śpiewał: Mickiewiczem, Przybosiem, Micińskim, Gałczyńskim... Pisał głównie z myślą o publiczności, by koncert nabrał różnych barw. A Marek zawsze bardzo dbał o publiczność. I miał wyczucie estrady, pilnował, by koncert miał lekkość, by przechodził od zadumy do piosenki żartobliwej, lekkiej. Z czasem spoważniał w tekstach; nawet wmawiano mu, że to poezja. Wydana pod koniec 1993 roku autorska kaseta "Dziesięć ważnych słów" nie ma na celu mierzenia się z wielką poezją, którą artysta śpiewał wcześniej. Najpopularniejszym określeniem w stosunku do albumu jest:"wademekum moralne Grechuty" - i ma ona wydźwięk mocno moralizatorski. Wojciech Majewski w "Portrecie artysty" pisze: "Skłonność do pouczania to stały element poetyki Grechuty, który zwracał się do swych słuchaczy: ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy, upominał: nie szukaj niczego po kątach, wreszcie dodawał otuchy, śpiewając: Żyj tą nadzieją, co mieli Kolumb albo Bach. Jak wspomina, już na "Krajobrazie pełnym nadziei" ujawnia się tkwiące w Grechucie mentorstwo, jednak w tych piosenkach jest ono subtelniejsze niż w późniejszych "Dziesięciu ważnych słowach". Żona artysty twierdzi, że Marek zawsze miał poczucie pewnej misji, choć nigdy się do tego nie przyznawał. Zresztą, słowo "misja" pojawia się dość często - czy to w kontekście wytrwałego tworzenia przepięknej, niezwykłej sztuki pomimo straszliwych kłopotów zdrowotnych, czy to w kontekście jego - bardzo oddziałującej na wyobraźnię - sztuki w ogóle (Izabela Okrój pisze w swoim artykule: "Ten skromny i niesłychanie wrażliwy człowiek był kimś znacznie więcej niż tylko piosenkarzem - był kimś, kto stał się przewodnikiem po świecie emocji, nazywając z delikatnością uczucia, stawiając pytania. Nie ulegał modom, czarował słowem i dźwiękiem jakby z innego świata. Nadawał przez lata codzienności zapach, nastrój. Opisywał tęsknoty, szlachetnym prostym słowem i ogromnym ładunkiem wrażliwości, ale i charyzmy."). Wojciech Majewski swoją książkę o artyście zaczyna słowami: "Grechuta przybył z nieznanej krainy, by spełnić swą misję i pewnego dnia odejść..." Z czasem piosenkarz nabył niestety pewnego rodzaju wyniosłości, która była chyba obroną przed medialnym szumem i "złymi językami". Nigdy jednak nie zatracił ciepła ani otwartości na innych ludzi. W połowie lat 90-tych zaczął się dla niego zły okres - zachłyśnięcie się Polaków wolnością i tym, co nowe, często niestety kiczem. Choć przez kilka lat sale na jego koncertach miały być nie do końca wypełnione, przez całą jednak karierę miał bardzo oddanych fanów (czy, jak żartobliwie "wyznaje" Grzegorz Turnau, wyznawców). Zresztą, mniejsze zainteresowanie jego sztuką miało być przejściowe - pod koniec XX wieku, choć często już w fatalnej formie, artysta znów wrócił na piedestał i stał się (a jeszcze bardziej po śmierci) swego rodzaju symbolem. Tutaj jako niespełna 50-latek postanowił (w tym trudnym dla nowo rodzącej się w Polsce demokracji okresie) dać tym, którzy będą chcieli go słuchać, swoje rady czy wskazówki, opisać wartości, którymi się w życiu kierował. Kontekst czasowy nie będzie pozostawiał wątpliwości: "Dzisiaj, z końcem XX wieku...". To bardzo nietypowe dla Grechuty, starającego się zawsze o pewną ponadczasowość tego, co śpiewał. Ale śpiewa o rzeczach ponadczasowych - są to kolejno: Ojczyzna, Wolność, Władza, Prawo, Praca, Wiedza, Solidarność, Natura, Sztuka i Miłość (ostatnia piosenka weszła do repertuaru Anny Marii Jopek pod tytułem "Wszystko dla twej miłości", a Krystyna Janda wykorzystała ją - w wykonaniu Marka - w swoim filmie "Pestka"). Teksty są dość dosłowne, mało poetyckie w formie, Grechuta często zwraca się do słuchacza: "masz prawo", "twój(...)obowiązek", "gdy pytasz mnie(...) - odpowiem", czasami mówi bezpośrednio: "twoje", "ciebie", "pytasz", "ci". To robi duże wrażenie. Pojmowanie tych abstrakcyjnych w końcu pojęć, o których śpiewa, jest z natury rzeczy dość subiektywne, ale Grechuta jak zawsze potrafi być przekonujący. Nie dla wszystkich jednak. Niektórzy fani z bólem wytykają tej płycie straszliwą powagę, pewną przyziemność, ocieranie się o banały, niezręczności w tekstach, i wreszcie - to, że Grechuta stawia siebie na pozycji pewnego mentora, nauczyciela. Ale czy jest to do końca niesłuszne? Artysta zawsze odznaczał się niezwykłą naturalną skromnością, często wręcz bywał, mimo długich lat kariery, onieśmielony słowami fanów - może jednak intuicyjnie wyczuł, widząc wciąż przybywających na koncerty młodych ludzi, od których słyszał mnóstwo wzruszających i budujących rzeczy, że jego "wskazówki" mogą być dla niektórych czymś ważnym, cennym i skłaniającym do przemyśleń? Poza tym, trudno przecież chyba znaleźć pocieszenie w pochłoniętej sobą bez reszty parze kochanków ("W malinowym chruśniaku"). Trudno pogodzić przyziemną katastrofę z grą wyszukanymi słowami, które mają wywoływać dreszcze. Wiele osób ma za złe Grechucie, że zaczął szukać inspiracji i swojego miejsca gdzie indziej, zostawiając z boku poetyckie smaczki i uczty. Poszedł jakby w stronę większej dosłowności, codzienności, próbując za sprawą własnej poezji przekształcić ją w coś piękniejszego i prostszego, bo tak w ogóle postrzegał rolę poezji. I myślę, że dziś można już śmiało stwierdzić, że mu się to udało. Mało który artysta oprócz uwielbienia wywołuje także wdzięczność. "...ważne słowa" wywołują specyficznie różne emocje. Podam charakterystyczną dla płyty wypowiedź pani Beaty z Nieoficjalnego Fanklubu Marka Grechuty: -"Dziesięć ważnych słów", od których zaczęłam, drażniło mnie okrutnie. Wściekła byłam, że autor wyśpiewuje w nich prawdy oczywiste, balansując na krawędzi banału (z wyjątkiem "Miłości"). Jednak nie wiadomo kiedy uzależniłam się od tej płyty i długo dzień bez jej przesłuchania był dla mnie dniem straconym." Na płycie śpiewa nam już artysta spełniony - po dziesiątkach niezwykłych utworów, kilku oszałamiających projektach, zawsze z chlubną nieprzewidywalnością. Wiedząc, że nie może już przebić ani swych przebojów sprzed lat, ani doskonałych Nowakowych, Leśmianowych, Witkacowskich projektów, niejako naturalnie zwrócił się w stronę innej piosenki. Płyty nagrywał już rzadko, więc skoro wydał "Dziesięć ważnych słów", to znaczy, że miał nam istotnie do powiedzenia coś ważnego. Niezwykłe miejsca (2003)
Ja nie widziałem nigdzie w świecie takiej zjawy, W aneksie do wznowionej wersji "Pieśni do słów Tadeusza Nowaka" znajdują się cztery nagrania Grechuty z radiowej Trójki z 1979 roku. Grechuta przy akompaniamencie samego tylko fortepianu z wielką energią wyśpiewuje nam swoje kompozycje. Pierwsza powstała do słów Wiesława Dymnego - jest to "Nie dotykaj dzikich róż", nawet jak na Grechutę zaskakujące; udawało mu się zawsze unikać w swojej twórczości powtarzalności czy przewidywalności, i choć dla niektórych był to często zapewne zawód, świadczyło to o jego wielkiej klasie i niepowtarzalności (dlatego od początku Marek miał w swoim repertuarze, jak twierdził, mniej utworów niż "inni młodzieżowi wykonawcy"). Dalej mamy "Prom na Wiśle pod Tyńcem", który, w pierwszej chwili trudno zrozumiały, z następnymi słuchaniami ujawnia kolejne warstwy dowcipu, które z wielką werwą i subtelnym rozbawieniem przekazuje nam, grywający w końcu jeszcze Belzebuba, Marek, będący tu także autorem tekstu - podobnie jak dwóch kolejnych, "Super ekspres" i "Historia pewnej podróży". Pierwsza piosenka - o późniejszym podtytule "Ballada o budownictwie mieszkaniowym" - zachwyca subtelną, choć wyraźną drwiną z jednego z absurdów Polski Ludowej; druga przybrała z czasem wyjątkowy wśród piosenek Grechuty status, stając się jego najbardziej zjadliwą, celną i gorąco przyjmowaną "satyrą na PRL" (wykonywał ją zresztą na festiwali "Zakazanych piosenek" w '81 roku). Trochę więc w tym towarzystwie "witkacopokrewnego" (jak go kiedyś określił) Dymnego i dwóch "niegrechutowych" piosenek zdumiewa niepozorny z początku i trochę dziwny utwór "Prom na Wiśle pod Tyńcem". Grechuta w poszczególnych okresach kariery nie ograniczał się do jednej konwencji, często nawet w ramach takiego mini-recitalu radiowego mogły się znaleźć utwory mało ze sobą związane. Może (interesujący tekstowo) "Prom na Wiśle..." ginął w ogólnej twórczości Grechuty, ale, jak się okazało bardzo późno, bo dopiero w 2003 roku, wciąż szykowała się dla niego kontynuacja w postaci innych piosenek opisujących niezwykłe dla poety, melomana i estety miejsca. Jednym z takich miejsc okazał się bułgarski Sozopol. Dość prosty, zabawny, trochę absurdalny tekst doczekał się pełnej humoru oprawy zarówno muzycznej, jak i - przede wszystkim - wykonawczej. Jedyne dostępne nagranie (z archiwów TVP) również pochodzi z '79 roku i ono m.in. pokazuje, jakie możliwości wokalne ujawniła u Grechuty kreacja Belzebuba - nie tylko rozwinął swoją skalę głosową, ale przede wszystkim nauczył się (stosowane wcześniej w niewielkich dawkach) mistrzowsko i "władczo" operować swoim śpiewem. A sam "Sozopol" był, jak pisze Daniel Wyszogrodzki, wielkim przebojem "Wieczoru bułgarskiego" w Piwnicy pod Baranami. O kolejnych miejscach, które zachwyciły Marka Grechutę, miłośnicy mogli dowiedzieć się z programu "Malarskie impresja Marka Grechuty" (w reżyserii Andrzeja Maja) z 1983 roku. Grechuta tworzył swoimi piosenkami kilka takich programów (m.in. "I ty będziesz moją panią" - '69, "Korowód" - '71, "Łąka" - '79), z których na większą uwagę zasługuje właściwie tylko "Łąka" (częściowo, wydaje mi się, nagrywana na żywo), której "zapis muzyczny" ukazał się dopiero w '84 roku. W innych programach (oprócz wcześniutkiego "...będziesz moją panią", zawierającego po części piosenki "przedpłytowe") wykorzystano głównie (choć nie tylko) utwory z płyt - są więc to nagrania mało wartościowe z dzisiejszego punktu widzenia (gdy możemy mieć niemal wszystkie najważniejsze dostępne nagrania), ale wtedy miłośnikom artysty ułatwiało to na pewno kontakt z jego twórczością. "Malarskie impresje..." (dość ciekawie zrealizowane) oprócz nowych piosenek zawierały częściowo utwory ze "Śpiewających obrazów" ('81), pojawiła się nawet "Wiosna - ach to ty" z '79 roku. I bez większego problemu można niestety rozpoznać te nowsze nagrania. W 1983 roku Grechucie wyraźnie dało o sobie znać zmęczenie. Na tragedię stanu wojennego nałożyły się osobiste problemy Grechuty związane z wypalaniem się zawodowych artysty, które powodowała zbyt intensywna praca "nad Witkacym". Marka zaczęły, jak można się domyślać, mierzić nieco nadekspresja i wokalne popisy, jaki to styl obrał sobie przy Witkacym (i, trzeba zaznaczyć, w taki czy inny sposób ten styl śpiewania wykorzystywał w całej swojej twórczości z tamtego okresu). Tęsknił zapewne do śpiewu spokojnego i wyważonego, chciał znowu pozwolić sobie na melancholię i zachwyt nad pięknem. Dwa interesujące nas utwory, "Wenecja" i "Lanckorona", eksponują zarówno ciągle żywą w Marku melancholię i tęsknotę do piękna, jak i zmęczenie artysty - śpiew nie jest płynny, raczej urywany, co razi zwłaszcza w dynamicznych piosenkach. Na szczęście żaden z utworów nie jest dynamiczny - obydwa opisują w końcu miasta, choć bardzo od siebie różne. Wenecja, jedna z pereł europejskiej architektury, i Lanckorona, podkrakowska miejscowość. Oba jednak zachwyciły Grechutę i nie zawahał się tego zachwytu wyrazić. Opisy są plastyczne, a kompozycje imponujące. Mistrz nastroju nic nie stracił ze swojej umiejętności. Artysta robi ukłon w stronę swoich miłośników, nagrywając "Lanckoronę" w '98 roku na nowo ("Złote przeboje 2"), która to wersja została umieszczona w drugiej części cieszącej się wielkim powodzeniem "Złotej kolekcji". Utwór, dość zaskakująco, spotkał się z wielkim entuzjazmem fanów, pomimo swojej rozciągłości, melancholijności i niezbyt już dobrej formy wokalnej piosenkarza. W 2003 roku artysta śpiewa już (i to rzadko) z wielkim trudem. Jednak okazuje się, że wielkich przebojów nie było w jego karierze jeszcze dość. Zgodziwszy się, choć bez większego przekonania, nagrać z zespołem Myslowitz nową wersję ich piosenki "Kraków" - ale tylko i wyłącznie we własnej aranżacji i przy drobnych zmianach melodycznych i tekstowych - po raz kolejny w wielkim stylu wypromował swoje nazwisko. Starczy niemal, ale pełen doświadczenia głos uwielbianego artysty, w kontraście do młodego głosu Artura Rojka, do tego tak Grechutowe smyczki i wielkie przekonanie w głosie wokalistów o miłości do Krakowa - to urzekało. Grechuta sam był zaskoczony rozmiarami sukcesu piosenki (pierwsze miejsce na liście przebojów Trójki) i, pomimo zapewnień fanów, moim zdaniem nie jest to typowo Grechutowa kompozycja (zwłaszcza jeśli porównać to z inaczej tylko zaaranżowanym oryginałem), ale prostota melodii w połączeniu z tak charakterystyczną dla Marka, a ciągle jednak nietypową aranżacją dały trudny już do osiągnięcia przez samego Grechutę efekt "przebojowości" - przez lata najniezwyklejszych projektów jego piosenki utraciły tak wychwalaną w tych najwcześniejszych prostotę. "Kraków" stał się zarówno zwiastunem płyty "The best of Myslowitz" (tylko tam można go usłyszeć), jak i swoistą zapowiedzią dla ostatniego jak się niestety okazało albumu Grechuty, wydanego zresztą aż 10 lat po poprzednim. "Kraków" (w nieco innej wersji) wieńczy album, będąc jednym z trzech bonusów - dwa poprzednie to właśnie "Prom na Wiśle pod Tyńcem" i "Sozopol" z '79 roku. Ale albumu nie zaczyna się przecież od końca. Płyta wita nas melancholijnym "śpiewem" skrzypiec - motyw muzyczny jest dość podobny do tego z "Krakowa" - a po trwającym ponad minutę wstępie odzywa się wreszcie Marek, zabierając nas w świat piękna (od Lanckorony począwszy). Razem z jego wierszami, muzyką i śpiewem (jedynie utwór o Zakopanem wykonuje Anna Chowaniec) zwiedzamy piękne i bardzo różnorakie zakątki świata. Sławiący Kraków (tym razem w swoim własnym utworze) i rodzinny Zamość artysta zabiera nas także w podróż do Sydney, Nowego Jorku, do kolebki naszej kultury - Aten czy "stolicy" sztuki - Paryża. Usłyszymy tu i o romantycznej Wenecji (utwór z '83 roku uległ dość istotnym zmianom, także w warstwie tekstowej), jak i o renesansowym Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. Spotkamy i klasycystyczną powściągliwość, i elementy swingu oraz jazzu, a także tak charakterystyczną dla Grechuty impresję - w piosence o Operze w Sydney, jego ukochanej budowli. Pojawia się i jako wykształcony architekt (w '80 roku, jeszcze w Witkacowskim szaleństwie, wspominał gdzieś o planowanym przez siebie kolejnym spektaklu, opartym na architekturze ? może ta płyta była po trosze spełnieniem tamtego marzenia, które później nazwał projektem "nazbyt wybujałej wyobraźni" ?), np. opisując Zamość, i jako chłopiec z siódmej klasy podstawówki na wycieczce w Krakowie ("Gdy byłem dzieckiem, w myślach to miasto widziałem"). Przede wszystkim zaś jest tutaj melancholikiem, u którego - co dobrze tu widać - piękno ściśle wiąże się ze smutkiem. Wiele osób widzi właśnie w tej płycie smutek, którego nie rozumie, a który nie wynika raczej z założenia, a jest efektem "dojrzałej, czasami gorzkiej liryki późnego Grechuty", jak ją określił Wojciech Majewski. W zamierzeniu nie była to ostatnia płyta Grechuty, miał nawet zamiar stworzyć projekt "O snach", który jednak z powodu przedłużającej się niemocy artystycznej nie zaczął nawet nabierać realnych kształtów. Przebąkuje się coś o próbach działania na nielicznych "próbkach" stworzonych już przez artystę. Ale faktem jest, że to "Niezwykłe miejsca" były ostatnim albumem Grechuty. Myślę, że dobrze się stało, że nie było to "Dziesięć ważnych słów" (1993). Jest to płyta bardzo specyficzna, i z różnych względów, chyba słusznie, uważana generalnie za najmniej udaną płytę artysty (choć dla niektórych, w tym i dla mnie, ma tę wielką Grechutowską moc oddziaływania). Pomimo swoich niewątpliwych walorów, jest to więc płyta najbardziej kontrowersyjna i mogłaby być dowodem na coraz mniejsze umiejętności Grechuty do tworzenia dobrych piosenek. Album "Niezwykłe miejsca", choć nie przez wszystkich akceptowany i niepozbawiony wad - różny poziom tekstów oraz, co dla innych mimo wszystko stanowi zaletę, wymęczony przez ciężkie lata głos - nawiązuje do różnych technik kompozytorskich, które tak udanie przez lata stosował Grechuta, a w tekstach jest już więcej polotu i metaforyczności niż w bardzo bezpośrednich "Dziesięciu ważnych słowach". Grechuta nie jest artystą łatwym. Ale ze względu na absolutną szczerość i otwartość swoich piosenek, pozwala się w nie zatopić bardzo głęboko. Można go uwielbiać powierzchownie - nie zdając sobie z tego sprawy - zwłaszcza, jeśli ma się do czynienia tylko z największymi przebojami, w znacznej większości przecież z lat '69-'71. A u niego, naprawdę jak rzadko, każda płyta to osobny, wypieszczony i dopracowany, unikatowy świat. Najlepiej określił to Daniel Wyszogrodzki, dziennikarz muzyczny (o którym już wspominałam) i wielbiciel twórczości Mistrza: "On miał słuch absolutny i do muzyki, i do poezji i potrafił tak łączyć, tworzyć taką syntezę tekstu poetyckiego z muzyką, że każdy z tych elementów wspierał drugi i jakby jeszcze dodatkowo podkreślał jego piękno. A druga sprawa, która mi niesamowicie osobiście imponuje w Marku Grechucie jako w artyście, jako w kompozytorze - to jest jego absolutna nieprzewidywalność. To nie jest człowiek, który stworzył sobie formułę na której, jak to się mówi, "jechał", powielał, nie. Tam każda płyta to było nowe odkrycie, nowa przygoda. (...)gdybyśmy słuchali tych płyt osobno, nie mając świadomości, że tworzył je jeden artysta - moglibyśmy śmiało przyjąć, że to zupełnie różni ludzie w różnym czasie." Ostatnie studyjne nagranie - z 2005 roku - to "Niech będzie imię twe błogosławione" do słów Karola Wojtyły (był to projekt, do którego zaproszono różnych artystów). Grechuta z ufnością zwraca się do Boga, który już wkrótce miał go przyjąć. To ostatnie wyznanie wiary bardzo doświadczonego przez los człowieka zamyka jego karierę. Magda Próchniak |