I twoja postać, jasna postać

Przegląd albumów muzycznych Marka Grechuty - cz.2

Szalona lokomotywa (1977)

A może świat jest nieskończenie zawiłą partią szachów,
którą w chwilach szalonej nudy gra Pan Bóg z diabłem,
dając mu dla zabawy olbrzymie fory...?

Stanisław Ignacy Witkiewicz

Następna płyta została wydana trzy lata po "Magii obłoków", ale przez ten czas wydarzyło się w karierze Grechuty mnóstwo, co słychać nawet po radykalnej zmianie kształtu całego albumu. Chociaż, jak tak się dłużej przyjrzeć, można dostrzec swego rodzaju podobieństwa do płyty sprzed sześciu lat, "Korowodu". Ten niezwykły, najbardziej ceniony album Grechuty był nagrywany jeszcze z Anawą i fantastycznym Janem Kantym Pawluśkiewiczem. Z tym, jak się okazuje, jest podobnie, ale rodowód tych albumów to już zupełnie "inna bajka".

Jan Kanty Pawluśkiewicz ze swoją reaktywowaną Anawą i śpiewającym Andrzejem Zauchą nagrał jedną płytę, a potem zespół się rozproszył. Współpraca z Zauchą nie przyniosła medialnych sukcesów porównywalnych choć z Anawą Grechuty, ale płyta pt. "Anawa" jest dziełem także wybitnym, choć noszącym wyraźne znamiona indywidualności Pawluśkiewicza (nie bez powodu płyta nie jest promowana nazwiskiem wokalisty, a nazwą zespołu). Śpiew Andrzeja Zauchy (zazwyczaj trafiony) i współczesne wiersze (choć kompozytor sięga tu nawet do XVI-wiecznego filozofa Giordano Bruno i na kanwie jednego jego zdania buduje interesującą piosenkę) zdają się być jedynie pretekstem dla długich, odkrywczych, porywających, dość abstrakcyjnych kompozycji Pawluśkiewicza, nie gubiących przy tym mądrych tekstów (głównie Leszka Moczulskiego). Wkrótce jednak potem Kanty zajął się innym projektem, który rozpalił mu wyobraźnię. Chciał zrobić muzykę... do Witkacego. Niekonwencjonalny kompozytor, mając w planach większe widowisko, zaczął poszukiwać odpowiednich ludzi. I, różnymi ścieżkami, musiał w końcu trafić do, o ileż już bardziej doświadczonego, Grechuty.

Współpraca z artystą, którego się do końca nie rozumie... Wbrew pozorom, tego właśnie przez kilka lat Anawy i teraz ponownie doświadczał Pawluśkiewicz. Wydawałoby się, że najlepiej, aby artyści pracujący razem rozumieli się w mig i myśleli o tworzącym się dziele bardzo podobnie. Ale jeśli są przy tym wybitnymi indywidualistami, w końcu ich myśli pójdą w trochę innym kierunku i żaden nie będzie chciał zrezygnować ze swojego pomysłu. A jeśli każdy widzi w tworzącym się dziele co innego, obydwaj mogą wzbogacić je niesprzecznymi ze sobą, świeżymi pomysłami.

Tak było w przypadku Grechuty i Pawluśkiewicza. Grechuta - wiadomo, szukał muzyki, która zawierałaby już w sobie tę umuzycznianą poezję, czy, mówiąc prościej, jak najwspanialej ją oddawała, Jana Kantego, jak mówił, zawsze bardziej interesowała "formalna strona muzyki". I tworząc osobno muzykę do różnych piosenek, wiadomo, ze w jakiś sposób realizowali te swoje wizje, wciąż nadając Anawie klimat świeżości.

Ale o ileż bardziej z tej perspektywy imponującym wyczynem jest tworzenie muzyki absolutnie wspólnie! Bo tworzenie muzyki do widowiska, nie do piosenek, które wykrystalizowały się dopiero później (i wyraźnym tego śladem jest wspólne autorstwo niemal wszystkich kompozycji). I efekt znowu przechodzi śmiałe już wobec Grechuty - oraz Pawluśkiewicza - oczekiwania. Szalona, pełna wizji, majaczeń i niedomówień poezja Witkacego byłaby, robiona przez samego powiedzmy Grechutę, zbyt "wysubiektywizowana" - kiedy zaś zabierają się za nią dwie osobne indywidualności muzyczne, oddanie ducha tekstów Witkacego (a o to kompozytorom chodziło i to chyba właśnie osiągnęli) jest dużo bardziej prawdopodobne.

Zaczęło się od niezwiązanych ze sobą wierszowanych fragmentów sztuk Witkacego, które "trochę na zasadzie przekory, trochę na zasadzie zabawy" wziął na warsztat Jan Kanty. Z początku scenariuszem zajął się Waldemar Żyszkiewicz, przyjaciel Kantego. Powstały tekst musiał ktoś jednak zaśpiewać, ktoś z genialnym wyczuciem słowa no i do tego muzyki, więc Pawluśkiewicz skontaktował się w tej sprawie z Grechutą. Artysta szybko dał się przekonać, wkrótce rozwiązał WIEM i podjął ponowną współpracę z współtwórcą Anawy. Oprócz wzywania muzycznego, jakie niosła koncepcja Czystej Formy w utworach dramaturga, Grechuta mówił jeszcze w '77 roku: "Kiedy zaczęło mi brakować pewnej koronkowości, ciepła i archaizacji, zainteresowałem się twórcą, który jest klasyczny, a zarazem współczesny - Witkacym.(...)uświadomiłem sobie, że poszarpana, odrealniona Witkacowska proza wyprzedza tak modny obecnie realizm magiczny." Po roku okazało się, że... powstało zaledwie 20 minut muzyki. "Od początku wiedziałem, że to nie może być koncert, ani kabaret, że to musi być teatr - mówi Pawluśkiewicz. - A jedynym reżyserem, który mógłby się za to wziąć, był Krzysztof Jasiński z Teatru STU."

Reżyser ten razem z Grechutą zajął się więc układaniem scenariusza będącego montażem z kilku sztuk Witkacego (głównie "Sonaty Belzebuba"), a także jego prozy. Jak czytamy w jednym artykule, "również muzyka(...)robi wrażenie zbitki. Można w tym znaleźć coś z baroku, coś z muzyki ludowej, trochę jazzu i rocka". Jednak wszystko pięknie do siebie pasuje, pomysły Grechuty i Pawluśkiewicza znowu tworzą interesującą, wyborną muzycznie mieszankę.
Grechuta - dość samotniczy, mający skłonność do melancholii, nie lubiący być może pośpiechu - pracował wtedy "jak szalony". I choć działał w euforii, później te szaleństwa dały o sobie wyraźnie znać, powodując jeszcze większą chęć spokoju, oddalenia się i "zwykłego" piękna. Wkroczenie na dobrych kilka lat w katastroficzny, paranoiczny świat Witkacego miało ogromny wpływ na życie i osobowość Grechuty, w dużej mierze ukształtowało też więc późniejszą twórczość artysty, bez przesady można powiedzieć, że był to jeden z najważniejszych punktów zwrotnych w jego karierze. I szczyt popularności.

Grechuta i Pawluśkiewicz reaktywowali Anawę. Choć "reaktywowali" to nie do końca dobre słowo. Podobno z tą pierwszą Anawą wspólną miała "tylko nazwę". Bodaj jeden zaledwie artysta był już związany z Grechutą wcześniej - Paweł Ścierański grał na jego płycie z '72 roku. Powrócili do smyczków, ale wiele też czerpali z doświadczeń Grechuty w zespole WIEM. Było to podobno niejakie połączenie obydwu grup. Zresztą, po zakończonej pracy nad spektaklem Pawluśkiewicz nie kontynuował pracy z zespołem, który odtąd "należał" tylko do Grechuty. Ale do tego czasu funkcjonował jeszcze jako pianista Anawy.

W Opolu '75, w ramach imprezy towarzyszącej, Anawa - przy udziale Magdy Umer, Maryli Rodowicz, Jerzego Stuhra - pokazała fragmenty tworzącego się projektu zatytułowane "Refreny Witkacego". Rok później zaprezentowała już uporządkowaną suitę (obszerne fragmentu recitalu w Opolu '76 na płycie "Unikaty" dołączonej do książki Wojciecha Majewskiego, o której będzie jeszcze mowa). Grechuta śpiewa tam już sam, ale jak śpiewa! Krzyczy, "wyciąga", momentami się wygłupia - nie ma tam już tej powściągliwości, jaką zapamiętaliśmy choćby z "Niepewności".

A na początku '77 roku wychodzi w końcu piąta płyta Grechuty pt. "Szalona lokomotywa". Całe wcześniejsze prezentowanie strony muzycznej, która spotykała się z gorącym przyjęciem, było właściwie badaniem reakcji ludzi na nietypową, zawiłą i trudną muzykę. Album, niezwykle zresztą interesujący, poprzedzał premierę spektaklu o parę miesięcy. Sztuka miała swoją premierę w sierpniu. W artykule "Non stop" Jana Poprawy (pt. "Szalona lokomotywa") z '77 roku czytamy: "Wszystkie wcześniejsze prezentowane fragmenty, spekulacje i przewidywania były tym razem niczym. Dopiero całość zaprezentowana w Teatrze STU okazała się Zdarzeniem." Warstwa tekstowa wyreżyserowanego przez Krzysztofa Jasińskiego przedstawienia była oczywiście autorstwa Stanisława Ignacego Witkiewicza, a muzyczna - Grechuty i Jana Kantego Pawluśkiewicza. W spektaklu wzięli udział, oprócz Marka, Maryla Rodowicz, Jerzy Stuhr (na przemian z Włodzimierzem Jasińskim, niebędącym jednak zawodowym aktorem), Halina Wyrodek, Zofia Niwińska. Ten swoisty musical cieszył się ogromnym powodzeniem - ze względu na rewelacyjnie śpiewających i diablo popularnych Grechutę i Rodowicz, ze względu na rewolucję od strony technicznej oraz ze względu na nowo przez ludzi odkrywanego, wcześniej zakazanego przez cenzurę, Witkacego. Ale oprócz tego niewiele wiemy dzisiaj o spektaklu. Ciekawy opis, który wyjaśnia trochę, jak wyglądała i o czym była "Szalona lokomotywa", znajdziemy w książce Wojciecha Majewskiego "Marek Grechuta ? Portret artysty". Jeszcze większą i dużo bardziej "naoczną" pomocą (Majewski - urodzony w 1973 - nie mógł przecież nawet widzieć spektaklu) służy rewelacyjny filmik dokumentalny o przygotowaniach do "Szalonej lokomotywy" - "Witkacy pod namiotem" (sztuka była wystawiana w wielkich halach lub... namiotach cyrkowych). Można tam i z grubsza "wyciągnąć" treść, i zaobserwować Marka. Jest pełen energii, pewny siebie, momentami w euforii. W artykule "Nagle wypiął białe żagle" Gazety Wyborczej (napisanym po śmierci artysty) czytamy nawet: "Grechuta sprawia mnóstwo kłopotów. Przede wszystkim niszczy kable - bardzo cenne, sprowadzone z Anglii (bo polskie przy takim natężeniu świateł brumiły). Grechuta nie kontroluje swojego ruchu na scenie, wjeżdżające po szynach scenografie ciągle tną kable. Wreszcie ktoś wpada na pomysł: mikrofon dla Grechuty trzeba podwiesić pod sufitem." Możemy zobaczyć, jak śpiewa - już nie jest posągowy i nieruchomy, macha rękami, chodzi po scenie. Na potrzeby spektaklu musiał zmienić trochę swój styl śpiewania, tak, by nadawał się na scenę. Wraz ze sposobem śpiewania zmieniał się jednak sam Grechuta - przez wiele jeszcze lat słychać było w jego głosie echo demoniczności i Witkacowskiej ironii. Nawet na koncercie w '90 roku, gdzie był już po kolejnej ?przemianie osobowościowej", momentami wykonuje jakieś gesty.

Grechuta dostał rolę Belzebuba (diabła) - "bo wyglądał jak anioł". Barbara Bobecka-Sierszula pisze o postaci granej przez piosenkarza tak: "Belzebub wzbudza respekt: szatańsko ironiczny, panuje nad całością, jakby naprawdę tylko on wiedział, co się dzieje." Tadeusz Nyczek zaś: "Biały garnitur, gracja, elegancja, uśmiech, gest. W dłoni mikrofon. Na jego usługi: sześć panienek, estradowy balet, sześć diablic-kusicielek. Belzebub ma ruchy leniwego reżysera świadomego swych przewag, sławy, forsy i chodów, jest cyniczny, niedbały, pewny siebie, kabotyński, ma białe oczy faceta, który jest lepszy i o tym wie. Trzyma ten ton do końca, konsekwentnie, z wyczuciem sceny, nie tylko estrady." Pasuje nam to do nieśmiałego, romantycznego cherubinka? Zygmunt Konieczny mówi o spektaklu: "Tekst Witkacego docierał, trzeba było tylko się wsłuchać. Muzyka i interpretacja Marka były bardzo wymowne, a tekst czytelny. Spektakl robił ogromne wrażenie, był udany jako całość plastyczno-muzyczna, a co najważniejsze, wyłaniał się z niego duch Witkacego." Pawluśkiewicz; "Budowaliśmy z tych tekstów paranoiczne, przerażające żarty. Myślę, że nie zrobiliśmy Witkiewiczowi krzywdy, nadaliśmy jego słowom nowy kształt, a on walczył właśnie o nową formę." I wreszcie Grechuta (w '77 r.); "Muzyka musi oddawać całą barokowość Witkacowskiego języka - jego rosochatość formalną, przepych i dziwaczność sformułowań, a także zawartą w jego słowach jakąś utajoną melodię, która jest właściwa tej okrutnej, mechanistycznej rytmice wiersza. I właśnie ta muzyka sprawia, że zamierzony, kreacyjny słowotok - przedziwny i surrealistyczny - podlega jakiemuś porządkowi."

Co znajduje się na płycie "Szalona lokomotywa"? Fragmenty muzyki do przedstawienia - pozostała część (w sumie było tego dwie godziny) miała zostać zrealizowana na drugiej płycie, niestety, nigdy do tego nie doszło (więcej, Grechuta chciał nagrać w '77 jeszcze album "Muza pomyślności" utrzymany "w klimacie dawnych ballad", nagrał jedynie singiel z Rodowicz - dwie kompozycje do tekstów Osieckiej, między innymi przebojowy "Gaj" - i, rok później, singiel z Teresą Iwaniszewską-Haremzą zatytułowany rzeczywiście "Muza pomyślności"; w '78 wystąpił także na płycie "Songi Teatru STU" z piosenką "Na szarość naszych nocy" przearanżowaną dla Teresy Haremzy oraz "Gdzie mieszkasz nocy", wykonywaną z nią w duecie). Co do "Szalonej lokomotywy"... Jest to, według mnie, najwybitniejsze dzieło piosenkarskie artysty (przy jednocześnie wielkich walorach kompozytorskich fenomenalnie współpracujących Grechuty i Pawluśkiewicza). Niektórzy z pewnością by się ze mną nie zgodzili i najlepszy śpiew wskazaliby np. (zwłaszcza) na "Korowodzie". Tam faktycznie czystość głosu Marka wręcz poraża. Tutaj jednak swoim zmienionym już, "wyćwiczonym" i porywającym od pierwszych słów śpiewem pełni dużo ważniejszą funkcję niż "pośrednika" między śpiewanym tekstem a odbiorcą (na kolejnych trzech płytach również stwarzał swoim głosem coś fenomenalnego, tu ponadto tekst jest, według Majewskiego, "arcytrudny dykcyjnie, melodycznie i rytmicznie"). Ze względu na specyfikę formy (przedstawienie teatralne), wokalista musi interpretować śpiewany tekst, bo to buduje sylwetkę Belzebuba. Na płycie, na której nie widać mimiki ani zachowania granej przez Grechutę postaci, budowanie jej siłą rzeczy tylko śpiewem jest jeszcze trudniejsze. I choć płyta nie przedstawia treści przedstawienia, demoniczność, która Grechuta objawia jako Belzebub, pozostaje.

Łatwo byłoby tutaj ze śpiewem przesadzić, przeszarżować. Na koncertach artysta śpiewał często suitę w sposób bardzo ekspresyjny. Śpiew na płycie jest jednak zadziwiająco wyważony. To jest wielkim walorem albumu. Nie dostrzega się w ogóle, tak łatwej przecież do osiągnięcia, przesady. Choć jest to śpiew bardzo specyficzny. Jak pisze Wojciech Majewski;"Zainspirowany Witkacowską poezją, (Grechuta) wykreował wokal bardzo oddalony od tradycyjnych kanonów piękna. Ze sceny uderza śpiew nadekspresyjny, pełen melizmatów, będący przeciwnym biegunem leniwej melorecytacji." Zarazem podkreśla, że "(z czasem,) z nagrania na nagranie(...)widać stopniowe i coraz wyraźniejsze zagłębianie się Grechuty w teksty Witkacego. Początkowo jego śpiew jest ekspresyjny i obrazowy, ale później, na płycie, artysta wydaje się kimś więcej niż tylko wykonawcą, staje się częścią tego dziwacznego, niebezpiecznego świata", pod czym obiema rękami się podpisuję. Maryla Rodowicz dzielnie wspiera tutaj Marka, i choć jej głos brzmi fantastycznie, to Grechuta przede wszystkim zdaje się swoim śpiewem kreować budowany na płycie świat.

Zwieńczeniem sukcesu (choć, w zasadzie, było to jeszcze przed premierą widowiska) był opolski festiwal - tryptyk "Hop, szklankę piwa" (obok "Motorka" być może jedyny przebój tej nietypowej płyty) zdeklasowało rywali. Duży wpływ miała tu też pewnie wielka ekspresja Marka, która robi ogromne wrażenie. Ponadto zaangażowana w ostatniej chwili Krystyna Janda wywalczyła piosenką Marka "Guma do żucia" Nagrodę Dziennikarzy, a Teresa Iwaniszewska-Haremza została wyróżniona IV miejscem za utwór "Gdzie mieszkasz nocy" (dzieło Grechuty). Choć do tych Witkacowskich utworów Grechuta nabrał z czasem wręcz wstrętu (m.in. wyrzucił je na pewien czas z repertuaru koncertowego), powraca w "Hop, szklankę piwa" w suicie do filmu "Tumor Witkacego" (skomponował do niego muzykę) w '85 roku. Można to odczytać jako przejmujące podsumowanie "współpracy", która, choć stała się dla Marka pewną traumą, wniosła jednak niezmazywalny wkład w całe jego życie.

Pieśni do słów Tadeusza Nowaka (1979)

Do ciebie idę, dziadku, siedzący na progu
z fajką w zębach, tak starą, że chyba po Bogu
dziedziczysz ją. A tytoń masz na pewno z raju,
bo dym pachnie jak lato i jesień w mym kraju...
Tadeusz Nowak

Tadeusz Nowak był jednym z ulubionych poetów artysty. Jego twórczość nazywał "perłą powojennej poezji", uważał go także za najbliższego "spadkobiercę" Leśmiana, swojego ukochanego poety, któremu poświęcił później równie udany projekt. Swojej fascynacji niespotykanym bogactwem języka Nowaka dał Grechuta już wyraz dużo wcześniej wspaniałą piosenką "Krajobraz z wilgą i ludzie" z '72 roku, także brawurowy utwór do kompozycji Jacka Ostaszewskiego "W chłodzie osiczyn, w dymie traw", grany przez wczesną Anawę na koncertach, powstał do tekstu Nowaka. Po ponad dwóch latach szaleńczej pracy nad "Szaloną lokomotywą" Marek, mimo konieczności wielokrotnego wystawiana gotowej już sztuki, miał jednak już więcej czasu dla swojej indywidualnej działalności na szeroką skalę. Oczywiście w międzyczasie tworzył nowe piosenki, ale było ich niewiele, bo większość jego kreatywności i pomysłów pochłaniał "projekt Witkacy". Miał on też bardzo wyraźny wpływ na całą późniejszą zmianę osobowości Grechuty. Spektakl po dwóch latach pracy i intensywnego wystawiania w trzech sezonach rujnował zdrowie szaleńczo pracowitego artysty. Grechuta pracował w euforii, ale to pochłaniało mnóstwo jego energii. W 1979 roku był już artystą "po przejściach", choć bardzo specyficznych. Być może zbyt długie obcowanie z metafizycznym i wyczerpującym światem Witkacego skłoniło Grechutę do zwrócenia się ku takiej poezji, którą ukochał najbardziej - również metafizycznej, ale w całkiem inny niż Witkacowski sposób, w wiersze niesamowitych słów.

Jego uwielbienie dla takiej poezji znalazło potwierdzenie w dwu wspaniałych projektach z '79 roku, kolejno na podstawie Nowaka i Leśmiana. Oczywiście, o ogólnej wartości piosenek decyduje w dużej mierze warstwa tekstowa, ale to ona właśnie była podstawą dla wszelkich działań Grechuty. Wydawałoby się, że dla dobrego kompozytora to nic prostszego jak napisać muzykę do tekstu, zwłaszcza jeśli ma tak wyborny materiał. Ale! Im bardziej materiał wyborny, tym trudniejszy. Grechutą, robiąc muzykę, doskonałą muzykę do poezji tej klasy, pokazał swoje nieskrępowane możliwości jako kompozytora. Bo "Pieśni do słów Tadeusza Nowaka" to zdecydowanie nie jest dzieło Grechuty-piosenkarza, a Grechuty-kompozytora właśnie. Oczywiście, śpiewa tam, i to śpiewa naprawdę wspaniale. Jego głos po szaleństwach "...lokomotywy? zaczął się zdecydowanie obniżać, ale trwało to kilka lat. Tu jeszcze nie obniżył się zupełnie i piosenkarz potrafi nadać mu absolutnie niezwykłą, adekwatną do niezwykłej treści barwę. Ale nie jest sam. Już w drugim utworze (pierwszy to nastrojowa, a raczej baśniowa recytacja, gdzie artysta momentami w ogóle nie biegnie za rytmem, za rymem, a niczym gawędziarz snuje opowieść, na tle dyskretnego, pięknego śpiewu skrzypiec i fletu) pojawia się przecudnie brzmiący głos Magdy Umer. Później występuje jeszcze Teresa Iwaniszewska-Haremza, z którą pierwszy raz artysta podjął współpracę już w '73 roku (pojawiła się w studyjnym nagraniu piosenki "Krajobraz z wilgą i ludzie"), w '78 wydali cieszący się dużym powodzeniem singiel (zawierający "Muzę pomyślności" i "Głos"). Pomimo wspólnej pracy Grechuta nie był z Haremzą w szczególnie osobistych stosunkach, ale ich współpraca układała się bardzo ciekawie (niestety, piosenkarka od lat 80-tych przebywała w Australii na emigracji). Haremza śpiewała m.in. utwór Grechuty "Gdzie mieszkasz nocy" (do słów Leszka Aleksandra Moczulskiego) w Opolu '77 (IV miejsce), na płycie "Songi Teatru STU" oprócz tego utworu (wykonywanego razem z Grechutą) znajduje się także kompozycja Marka znana z "Magii obłoków" - "Na szarość naszych nocy", przearanżowana przez artystę na nowo. Także na tym albumie wokalistka pełni ważną rolę, wzbogacając płytę swoim śpiewem w kilku istotnych utworach. Grechuta rzadko angażował innych artystów do swoich projektów, w każdym razie niewielu, tu stało się inaczej. W "Pieśniach..." w jednym utworze śpiewanym i jednym recytowanym pojawia się jeszcze Marian Opania. Aktor podkreśla, że kompozycja, jaką Marek dał mu do wykonania, była niezwykle trudna, ale efekt jest równie wspaniały, co reszta płyty. Skąd jednak tylu "obcych" artystów pojawia się na albumie Grechuty? Okazuje się, że niestety nie są to wszystkie piosenki, które napisał on wówczas do słów Tadeusza Nowaka. Właśnie w '79 roku w ramach Poznańskiej Wiosny Estradowej Grechuta wystawił swoje "świeckie oratorium" oparte na twórczości Nowaka pt. "Zapach łamanego w rękach chleba". Dostał, całkowicie wydaje się zasłużenie, nagrodę dla najlepszego kompozytora przeglądu i jakiś czas później z wybranymi z artystów biorących udział w projekcie nagrał najciekawsze fragmenty "Zapachu...chleba" - i tak powstała płyta uważana dzisiaj za jedną z najważniejszych (i najlepszych) w twórczości artysty. Ja osobiście uważam, że płyta ta powinna być elementarzem dla każdego, kto bierze się za robienie tzw. poezji śpiewanej. Potwierdzą to niejako słowa recenzji Jarka Pawlaka ze wspomnianej już strony internetowej "muzyki 3-go ucha"; "Jeśli ktoś nie wierzył do końca w geniusz kompozytorski Marka Grechuty, teraz musiał zmienić zdanie. Jeśli ktoś pod pojęciem -poezja śpiewana- rozumiał "śpiewanie poezji", musiał również przewartościować to pojęcie, bowiem od 1979 roku zaśpiewanie poezji wymaga zmierzenia się z tym dziełem."

Cóż takiego niezwykłego jest na tej płycie? Mówiąc prosto, nastrój. Kompozytor z horrendalnie trudnych tekstów potrafił wydobyć muzykę doskonale oddającą piękno tkwiące w wierszach Nowaka. Jarek Pawlak pisze jeszcze tak;"Kiedy Marek Grechuta komponował muzykę do Drogi za widnokres chciał, żeby ascetyczna i oszczędna muzyka wydobyła piękno zawartych na niej poetyckich tekstów. Teraz zrobił coś wręcz przeciwnego, stworzył muzykę, która swoją formą wspiera świat poezji Nowaka. Umieścił jego poezję w formie tak doskonałej jak ona sama." Daniel Wyszogrodzki, dziennikarz muzyczny i redaktor m.in. reedycji albumów Grechuty, pisze tak; "(...)w Pieśniach...harmonia muzyki i słów jest pełna, skończona, absolutna.(...)Poezja Nowaka - symboliczna, pełna kontrastów i paradoksów, ale przede wszystkim metafizyczna, unosząca się ponad czasem i obok przestrzeni - znalazła w muzyce Grechuty nie tylko ilustrację, ale... reprezentację".

Artysta, nie kojarzony raczej z monumentalnym brzmieniem, zaangażował tu chór madrygalistów, ale dzięki jego fenomenalnemu wyczuciu artystycznemu ani chór, ani bogata instrumentalizacja nie przytłacza. Melodie są wyrafinowane, ale dzięki niezwykle czytelnej atmosferze płyty zadowalają też nieco mniej wybrednego słuchacza. Nie jest to materiał łatwy w odbiorze, ale przynoszący wielką satysfakcję i wreszcie pozwalający Grechucie pokazać cały swój kunszt kompozytorski, a także niespotykane, głębokie rozumienie poezji.

Śpiewające obrazy (1981)

- Pokaż, to ja? To chyba twoje przywidzenie.
- To powleczony światłem oczu snu aksamit.
- Ty ciągle śnisz...- To nie jest śnienie,
to jesteś ty, ja się nazywam Modigliani.
Marek Grechuta

Zaczęło się od starego czarnego pianina przywiezionego z Zamościa do Chylic. Mały synek państwa Grechutów, Marek, bawiący się beztrosko z kolegami, ale już wówczas niezwykle wrażliwy i czuły na muzykę, nie mógł mijać obojętnie instrumentu. Zaczął uderzać w klawisze i odkrył piękno ich dźwięku.

Wspaniała mama nie mogła też pozostać bierna na niezwykłe w tym wieku zainteresowanie syna. Załatwiła mu prywatne lekcje u organisty z pobliskiego kościoła, pana Szołajskiego. Lekcje z sympatycznym panem głęboko zapadły w pamięć Marka Grechuty. Nutki, gra na pianinie... Kreatywny chłopiec pragnął jednak czegoś więcej. Prościutka kompozycja (walczyk, którą to formę notabene wykorzystywał później dość często w piosenkach np. "Będziesz moją panią", "Żyli długo i szczęśliwie") nie mogła jeszcze o niczym świadczyć, ale przekonała pana Szołajskiego i zapewne mamę Marka, że oto chyba rzeczywiście talent.

W liceum chłopiec kontynuował edukację muzyczną. W domu wciąż mierzył się z pianinem, w szkole miał jednak do dyspozycji fortepian, o ileż bardziej wyrafinowany i bliższy sercu przyszłego muzyka! Być może dzięki temu odezwał się w młodym Grechucie rodzący się, na wskroś oryginalny artysta, w każdym razie palce zaczęły mu się wymykać, grał dźwięki, których nie było zapisanych w nutach i poczuł, że wyzwala to w nim niezwykłą euforię! I oczywiście, nie mógł pozostać obojętny na piękno poezji. Cudowne strofy Leśmiana czy Słowackiego głęboko oddziaływały na wyobraźnię młodego chłopaka. Sam nawet nieśmiało próbował rymować i szukać pięknych słów. Zaczął się nawet bawić w śpiewanie. Rock&rollowy szkolny zespół (z utworami Presleya, Sinatry, Anki) miał powodzenie wśród koleżanek i kolegów, a pianista i wokalista, Marek Grechuta, zdobywał już pierwsze fanki. Studia niestety przerwały te młodzieńcze fascynacje. Pięć lat na architekturze, które go czekały, ambitny i zdolny student traktował poważnie. Architektura, którą określa się czasem jako "znieruchomiałą muzykę", już od dawna interesowała Grechutę, ale przez kolejne miesiące studiowania gdzieś w głębi rodziło się tłumione przeświadczenie, że to chyba jednak nie to.

Sumienny student odrywał się czasem od nauki i wygrywał na pianinie improwizowanego Chopina. Zachwycał się muzyką, jaką można było usłyszeć w studenckim radiu, zahipnotyzował go recital Ewy Demarczyk. Ponadto ze swoim uwielbieniem i głębokim rozumieniem poezji Grechuta czuł, że tą najpiękniejszą z Muz można dokładnie wyrazić inną - muzyką. Zwykłe uderzanie w klawisze, pomimo że niosło cudowny rodzaj wyzwolenia, przestawało mu wystarczać. Kreślenie oryginalnych, ale w ówczesnych polskich warunkach nie mających szans na realizację projektów, wydawało się marnotrawieniem energii. Autorskie monologi satyryczne w studenckim radiu nieźle bawiły jego i kolegów, zdobywał dzięki nim popularność i jakieś wewnętrzne spełnienie. Ale wciąż wzywała go ukochana poezja. Postanowił coś skomponować, ale do określonego tekstu. Padło na strofy "alchemika słowa", Tuwima. Jan Kanty Pawluśkiewicz, student z piątego roku, usłyszał więc kiedyś w klubie studenckim piękne dźwięki i towarzyszący im głos, i ujrzał przy pianinie, do którego sam być może zmierzał, młodszego kolegę. Początkujący, ale już wprawiony pianista szybko zawarł znajomość z Markiem, a skutkiem tej znajomości był, jak już wiemy, Kabaret Architektów "Anawa", a następnie zespół Anawa z Markiem Grechutą w roli wokalisty.

Niezwykła formuła zespołu zaowocowała błyskotliwą karierą. Młody, pełen pomysłów i pasji Grechuta wreszcie mógł znaleźć pełne ujście dla swej inwencji. Okazało się, ze znakomicie radzi sobie jako piosenkarz (czy wokalista), mógł też w końcu podejmować próby kompozytorskie dla szerokiej publiczności. Nie miał przy tym zbyt dużych obciążeń, bo w założeniu kompozytorem miał być raczej Jan Kanty Pawluśkiewicz (który, choć o innym typie wrażliwości, niespotykanie dobrze poczuł się w pisaniu muzyki do bliższego przecież Grechucie Mickiewicza czy Tuwima), także grą na fortepianie zajął się bardziej doświadczony Pawluśkiewicz, Wspaniała współpraca obu panów zakończyła się niespodziewanie w 1971 roku, po nagraniu dwóch płyt. Grechuta jednak nie odsunął się w jakiś artystyczny cień, a szybko założył własny zespół, grający muzykę bardziej zbuntowaną i mniej "widowiskową". Artysta odrzucił smyczki, ale fortepian oczywiście pozostał i piosenkarz zasiadał do niego coraz częściej, aczkolwiek pojawiali się w zespole i inni pianiści. Powrót do współpracy z Kantym Pawluśkiewiczem w '75 roku przywrócił dawny stan rzeczy i Grechuta, komponujący jednak już dużo więcej niż na początku, zajmował się na koncertach już "tylko" śpiewaniem (do czasu premiery "...lokomotywy", po której Pawluśkiewicz-pianista opuścił Anawę). Do spektaklu "Szalona lokomotywa" musiał zaangażować już dużo więcej niż śpiew. Tak więc znowu mógł czuć się spełniony i twórczy. Po '77 roku, kiedy spektakl był gotowy i zaczął pojawiać się na scenach, kreatywność Grechuty nie mogła się tym zadowalać. Nigdy w całej swojej karierze nie był tylko wykonawcą gotowych rzeczy, a teatr nie był przecież jego żywiołem. Zaczął wtedy niezwykle płodnie komponować. W '79 roku nagrał płytę, ale bez udziału odnowionej Anawy, a z Orkiestrą Studentów Akademii Muzycznej w Warszawie. Wspaniałe kompozycje Grechuta i wybrani przez niego artyści dopełniali swoim śpiewem. Kolejny duży projekt (nagrany w tym samym roku, choć wydany dopiero w '84 jako "W malinowym chruśniaku"), mimo pewnego podobieństwa warstwy tekstowej (tam Nowak, a tu Leśmian), miał jednak nieco skromniejsza oprawę - śpiewowi Krystyny Jandy i Grechuty towarzyszyła orkiestra muzyczna pod dyrekcja Zbigniewa Gracy. Choć z początku wydawało mi się to - z powodu precyzyjnego w interpretacji śpiewu - dość nieprawdopodobne, ale tym razem za fortepianem zasiada już sam Grechuta (płyta jednak, przypominam, została wydana pięć lat później).

Kolejny (po "Pieśniach...") album, nagrany w 1981 roku, wita nas już niepodobną raczej do Grechuty okładką. Oprócz finezyjnego napisu "Marek Grechuta", ramki i dyskretnego tytułu "Śpiewające obrazy", widzimy z oddalenia samego artystę siedzącego przy fortepianie (i rzeczywiście na nim tu gra). Całość okładki, łącznie ze zdjęciem, jest brązowo-biała. Już sama ta forma sugeruje nam pewne zmiany w stosunku do poprzednich płyt. I rzeczywiście - jest to pierwsza niemal w pełni autorska płyta Grechuty. Także tytuł albumu dużo już nam sugeruje. Grechuta będzie się tutaj w pewien sposób zajmował malarstwem. Ale czy jest to pomysł zaskakujący? Już wybierając się na studia Marek lubił (i umiał) rysować. Potem, jak sam mówił, pani profesor Krystyna Wróblewska zaraziła go czymś jeszcze większym. Tak więc w wolnych chwilach zapracowany przecież artysta coś szkicował lub malował. A w '80 roku zdarzył mu się ciężki wypadek samochodowy. Wstrząs mózgu nie pozwalał mu w czasie rehabilitacji czytać ani słuchać muzyki. Cóż pozostawało artyście? Malowanie. Wkrótce stało się to prawdziwą pasją - zwłaszcza od kiedy, jak żartował, muzyka i literatura zostały jego profesją. Więc po różnorodnych projektach, po obcowaniu z Witkacym i Nowakiem, postanowił "wziąć się" za malarstwo. Czym są piosenki z cyklu "śpiewających obrazów", które zresztą wykorzystywał potem często na koncertach? Grechuta wybrał swój ulubiony rodzaj dzieł, mianowicie impresjonistyczne, więc jego piosenki również nie przybierały formy realizmu. Pijak z obrazu Van Gogha (w którego wciela się piosenkarz w piosence "Patrz, już wszyscy poszli") nawiązuje rozmowę właśnie z malarzem, "Tancerka z bukietem" Degasa ("Piruet na polnej drodze"), żaląc się, kieruje wyrzut także do "swojego twórcy". "Parasole" Renoira inspirują autora tekstów i muzyki do wyśpiewania (wspólnie z Dorotą Pomykałą) rozmowy między dwiema postaciami z obrazu. "Akrobatka na piłce" Picassa ("Szary gołąb na ramieniu") jest żartobliwą i niezwykle żywą (Urszula Kiebzak świetnie radzi sobie z tą bardzo trudną kompozycją), swoistą "rozprawą" na temat cyrku; "Inna kuchnia, inna moda" to bardzo ciekawa "dyskusja" na temat "zamiłowania do śniadania na trawie" ("Śniadanie na trawie" Maneta). Wreszcie na podstawie fascynującego "Portretu Luni Czechowskiej" Modiglianiego buduje Grechuta rozmowę o "aparacie fotograficznym" ("Ale to chyba kosztowałoby miliony...").

"Cisza oddechu trawy", drugi utwór, wyróżnia się o tyle, że jest bardzo uniwersalny. Tutaj inspiracją był obraz Seurata "Niedzielne popołudnie na wyspie Grande Jatte", i Grechuta buduje w utworze niejako swoją wizję owej Grande Jatte, na którą można dotrzeć tylko porzucając otaczający nas zgiełk i pośpiech. Wreszcie ostatni "obraz ze śpiewanej galerii" to "Pejzaż podwawelski" Wyspiańskiego. Uwielbieniu dla swojego mistrza dał już Grechuta wyraz w '69 roku niezwykłą piosenką "Wesele", ale to malarstwo wszechstronnego artysty ukochał Grechuta najbardziej. Piosenka jest bardzo niepokojąca, wręcz mroczna, nieco abstrakcyjna. Wiersz jest nawiązaniem do dzieła jako takiego ("Pan Wyspiański kreśli pejzaż pastelami..."), pojawia się wyraźny wątek krakowski; "Gdy powietrze dziś w Krakowie spopielałe, patrz, naprawdę, te pejzaże są wspaniałe..."

Drugą część płyty stanowią przede wszystkim utwory instrumentalne, napisane przez Grechutę do "Otella" wystawianego na 400-lecie Zamościa, miasta, z którego pochodził arcykrakowski artysta. Urszula Kiebzak (aktorka Teatru Starego, podobnie jak Dorota Pomykała, pojawiająca się tylko w pierwszej części płyty) wzbogaca dwa utwory swoją wokalizą. Muzyka jest całkiem ciekawa, a i nie ma jej dużo, pojawia się nawet wśród tych utworów instrumentalnych zaskakująca "Pieśń biesiadna Otella".
Dlaczego "Śpiewające obrazy" są prawie w pełni autorskie? Ponieważ pojawiają się tu dwie piosenki do słów Józefa Czechowicza (który wcześniej był "współtwórcą" tekstu do "Twojej postaci" oraz autorem "Przemian", zrobionych jako przebojowy "Motorek"). "Księżyc w rynku" to impresja muzyczna Grechuty (nie gra tu na fortepianie), w której niedługi tekst jest właściwie tylko pretekstem i inspiracją dla muzyki. Uderza niezwykle ciemna na całej płycie, a tu celowo potęgowana barwa głosu Grechuty. Był już wtedy po wielkiej ekspresji okresu "...lokomotywy" oraz po... papierosach. Cherubinek bez skazy miał jednak, czasową przynajmniej, słabość, która zapewne częściowo spowodowała zamierzony lub niezamierzony efekt niespotykanych zmian w głosie Marka podczas całej jego kariery.

"Knajpę", utwór dekadencki (a raczej opowiadający o dekadencji) oraz bardzo "wizualny", Grechuta zaliczał, podobnie jak utwór poprzedni, do swoich najlepszych kompozytorskich osiągnięć. Są to na pewno utwory nietypowe w jego karierze ponieważ jest to - innego rodzaju niż np. Leśmianowskie - dość swobodna impresja. Z tej perspektywy umieszczenie ich na płycie o obrazach - i to głównie impresjonistycznych - wydaje się więc całkiem zrozumiałe.

Ostatni utwór spinający klamrą całość to instrumentalny "Koncert zza ściany", stylizowany na muzykę klasyczną, który Daniel Wyszogrodzki określa jako "sprzeciw Grechuty przeciwko agresywnym dźwiękom dobiegającym zza ścian naszych domów". Podsumowuje to niejako nastrój zadumy, może swoistego wernisażu (zresztą na koncertach Grechuta pokazywał publiczności na ekranie obrazy, o których śpiewał - oprócz płytowych były to jeszcze; "Kobieta niosąca chleb" Picassa, "Marcelle Lender tańcząca bolero" Toulouse-Lautreaca, która nawiązuje, także muzycznie, do niezwykłego "Bolera" Ravela, "Skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd idziemy" Gauguina oraz "Gioconda" - czyli "Mona Lisa" - da Vinciego, która później doczekała się licznych ewolucji). Płyta stanowi wspaniałe dzieło kompozytorskie i aranżerskie Grechuty, które tuszuje pewne braki bardzo jednak udanych (choć przecież marnych w porównaniu z Nowakiem czy Leśmianem) wierszy artysty, będącego również w doskonałej kondycji wokalnej (która później troszkę się już pogorszyła). Jest jednak traktowana dość marginalnie - a szkoda, bo poetycko to chyba najlepsze dokonanie Grechuty, a wiele osób koniecznie chce zrobić z niego poetę. Ale rzeczywiście płyta jest raczej bez "fajerwerków", bardzo wyważona, choć pełna przecież subtelnego humoru. Bądź co bądź, jest to niezwykły album w dorobku artysty i nie mający zbyt wielkiego porównania na polskim rynku - z wyjątkiem np. parę miesięcy wcześniejszego "Muzeum" tria Gintrowski,Kaczmarski,Łapiński (i niektórych późniejszych piosenek Kaczmarskiego), które, choć inspirowane również obrazami, i w ich doborze, i w sposobie oraz "celu" interpretacji nie mające zbyt wiele wspólnego ze "Śpiewającymi obrazami" Marka.

W malinowym chruśniaku (1984)

Dusza twoja śmie marzyć, że w gwiezdne zamiecie
wdumana, będzie trwała raz jeszcze i jeszcze...
Lecz ciało? Któż pomyśli o nim we wszechświecie
prócz mnie, co tak w nie wierzę, i kocham, i pieszczę...?
Bolesław Leśmian

W latach 1976-88 Grechuta współpracował z Piwnicą pod Baranami, od 1981 roku prowadził też własną artystyczną Piwnicę pod Różą. W międzyczasie pisał dla teatru, czasami nawet dla filmu. W okresie współpracy z ekipą Piotra Skrzyneckiego (był z nią nawet na paru zagranicznych trasach, choć nigdy nie został oficjalnym członkiem) powstało dużo utworów, które później wykorzystywał na swoich płytach.
Już album z '77 roku miał nietypowy rodowód - był, jak już wiemy, wybranymi fragmentami musicalu "Szalona lokomotywa" wg Witkacego, "Pieśni do słów Tadeusza Nowaka" ('79) stanowiły również fragmenty wspaniałego, nagrodzonego widowiska "Zapach łamanego w rękach chleba", a "Śpiewające obrazy" z '81 roku były jednym z bardziej niekonwencjonalnych pomysłów Grechuty, choć już bardziej zbliżonym w formie do piosenek. Jednak Grechuta rzadko robił wtedy utwory w konwencji piosenki. Tworzył dużo, ale rzadko nagrania studyjne. Od dawna nie wydał żadnej płyty (choć, powtarzam, pracował intensywnie). Wreszcie chyba ktoś mądry namówił Grechutę, żeby wydał na płycie swój najpewniej najciekawszy z paru projektów robionych w poprzednich latach, "Łąkę" do słów Bolesława Leśmiana (w reżyserii Stefana Szlachtycza) z 1979 roku. I tak, pięć lat po swoim powstaniu, piosenki zostały umieszczone na nowej płycie Marka Grechuty (firmowanej, całkiem zresztą słusznie, także nazwiskiem Krystyny Jandy śpiewającej z Markiem, zresztą drugą stronę winyla zajmował solowy projekt Jandy pt. "Dancing"). Tak powstało "W malinowym chruśniaku" (1984), które jest pod pewnymi względami moją ukochaną płytą artysty.

Do realizacji "Łąki" w '79 roku namówiła Grechutę "zakochana" w nim zresztą Janda, którym to artystom, będącym już po paru wspólnych projektach, telewizyjna Dwójka zleciła wybrany wspólny program muzyczny. Leśmian, będący ulubionym poetą kompozytora, był też poetą bardzo trudnym. Marek, nauczony jednak doświadczeniem z Nowakiem, że "do genialnej poezji muzyka pisze się sama", dał się namówić na piękny cykl erotyków pt. "Łąka". Janda: "Zawsze uważałam, że Marek jest idealnym kompozytorem dla tworzenia muzyki do wierszy i wymarzonym interpretatorem poezji. Tylko on mógł napisać muzykę do Malinowego chruśniaka (ulubionego cyklu aktorki). To moja ulubiona praca, i ulubione wspomnienie z tamtych lat."

Krzysztof Jasiński powiedział, iż Marek "był geniuszem z tej racji, że miał niesamowitą łatwość tworzenia pięknych melodii". Ale to nie do końca dobrze określa jego nietuzinkowość jako kompozytora. Marek tworzył ponadto melodie t r a f n e . I w tym przypadku w ciągu paru dni (!) powstała muzyka tak piękna i trafna, że trudno uwierzyć, iż powstawała tak krótko. Wspaniały język Leśmiana, w tym wypadku język miłości ("...i tropiąc twoją bladość, sam staję się blady,/i zdybawszy twój bezkres - sam ginę w bezkresie..."), naturalnie współżyje z kompozycjami Grechuty i grą zespołu instrumentalnego pod dyrekcją Zbigniewa Gracy. Śpiew oraz recytacje na tle muzyki (przywrócone dopiero w wydaniu pełnej dyskografii Marka na płytach CD) Jandy i Grechuty w ogóle nie każą zastanawiać się nad autentycznością kochanków. Janda, aktorka, "pociągnęła" Grechutę za sobą i przyczyniła się do tego, że utwory są wykonane przez obojga w sposób mistrzowski. Podobno Marek, do czego by się nie zabierał, zawsze robił to w sposób wybitny. Np. na swoim roku, jako jeden z kilku zaledwie studentów, miał stypendium naukowe. Zdolności aktorskie ukazał już, grając w "Szalonej lokomotywie", tyle że tam stosował, jak sam mówił , "konwencję maski" - Krzysztof Jasiński opowiada, że nawet jak grał, stawał przed mikrofonem, było w nim widać pewną sztuczność: to jest artysta, chce nam coś powiedzieć. Tutaj wcielenie musiało być głębsze, a zarazem bardziej aktorskie i nie pozostawiające w artyście tak głębokich śladów jak postać Belzebuba.

Grechuta rzadko nadawał swoim utworom zdecydowaną interpretację, tu akurat tak jest. Ale to bynajmniej nie przeszkadza w rozkoszowaniu się subtelnymi niuansami brzmieniowymi utworów i samym wokalem wykonawców, więcej - samym brzmieniem słów i delikatnością, intymnością śpiewu. Choć dla Grechuty pewnym problemem było, że w wersji telewizyjnej mieli grać parę zakochaną w sobie bez pamięci (chociaż jest to pokazane w całości symbolicznie, nie ma żadnego zbliżenia cielesnego), jego głos w żadnym momencie nie brzmi fałszywie.
Z pewnością jest to dzieło dużo mniej obszerne od "Pieśni..." (zaledwie pół godziny wraz z dodanymi recytacjami) i mniej też cenione. Z pewnością też nie tak oryginalne i bogate. Przedstawia w końcu jedną konkretną historię miłosną kochanków, podczas gdy "Pieśniami..." próbował artysta zbudować wielki, ale siłą rzeczy bardzo skondensowany świat, dlatego też są one tak zróżnicowane. Niemniej "...chruśniak", choć niewątpliwie raczej płytszy i bardziej grający na emocjach, bez wątpienia opisuje też prawdziwe, niemal namacalne uniesienia i uczucia. Jest to jedna z najpiękniejszych opowieści o miłości, jaka powstała. Genialny kompozytor oddał wielki potencjał tkwiący w przepięknej poezji Leśmiana. Może nie tak dobitnie, jak uczynił to w "Śpiewających obrazach", Grechuta dokonał tu swoistej syntezy sztuk - muzyki i poezji, a także śpiewu oraz aktorstwa. Pomimo swojej "objętości", jest to jedna z najbardziej fascynujących płyt Grechuty, a zarazem ostatni z tak "metafizycznych" projektów. Później bowiem Marek wrócił do prostej formy piosenki, taki więc utwór jak np. "Zazdrość moja" (nieobecny w wersji telewizyjnej), nabrzmiały napięciem i zmianami "sytuacji", jawi się tym bardziej niezwykle.

Wiosna - ach to ty (1987)

Zwiodła ciebie tajemnica,
choćbyś wiecznie o niej śnił,
nie odsłoni swego lica,
które święty woal skrył.
Niech się żądza twa umniejsza,
wejdź w mej duszy mroczny gmach,
a zrozumiesz, żem piękniejsza
od pieszczonej w twoich snach...
Aleksander Błok, tłum. Jan Lechoń

O płycie "Wiosna - ach to ty" z '87 roku mówi się, że jest powrotem do "starego, dobrego Grechuty". Faktycznie, powraca tam niejako do stylistyki swoich pierwszych piosenek, uderza nas charakterystyczne brzmienie, choć odmienionej już, Anawy, powracają w znacznej mierze piosenki autorskie. Ale tak naprawdę powstanie każdego z tych utworów ma niewiele wspólnego z 1987 rokiem. Jest to właściwie zbiorczy album jego ?drugorzędnej? działalności z lat 1978-86.

Najdawniejszy rodowód ma "Głos" do tekstu rosyjskiego poety Aleksandra Błoka. W 1978 roku piosenka znalazła się na singlu Grechuty i Teresy Iwaniszewskiej-Haremzy razem z "Muzą pomyślności". Tu przebywającą już na emigracji piosenkarkę zastępuje Agata Dowhań, jedna z Alibabek (występuje tu cały zespół, podobnie jak na dziesięć lat wcześniejszej "Szalonej lokomotywie", a także - gościnnie - na dwóch pierwszych płytach Anawy). Utwór uległ ciekawym przemianom.

"Ciernisty deszczyk" i "Wiosna - ach to ty", obie autorskie piosenki Grechuty, pojawiły się już w programie "Ogród Luizy" z '79 roku. Zdumiewa zwłaszcza wykonanie popularnej "Wiosny...". Pobrzmiewa w nim taki dziwaczny dowcip, trudna do określenia ironia, które towarzyszyły jeszcze wówczas Grechucie podczas występów w "Szalonej lokomotywie". W płytowej, o wiele bardziej wyważonej wersji "Wiosny..." uwydatnia się wielkie, niebanalne poczucie humoru Marka, a "Ciernisty deszczyk" pokazuje nam znowu Grechutę-marzyciela. Pozostałe trzy wokalno-instrumentalne utwory także nie mają swojej premiery na płycie. W rzeczywistości Grechuta stworzył skończone wersje tych piosenek (i nowe wspomnianych wyżej) już trzy lata wcześniej! W rozszerzonej edycji albumu "Niezwykłe miejsca" znajduje się siedem nagrań Radia Kraków właśnie z '84 roku (jedna z tych piosenek znalazła miejsce dopiero na kolejnej płycie Grechuty). Na potrzeby albumu artysta nagrał je jednak na nowo i można wyłapać ciekawe różnice między obiema wersjami tych utworów.

Czy jednak nagrania z płyty nie pokazują nam wcale Grechuty z roku 1987? Warstwa muzyczna, aranżacje uległy pewnym zmianom. Grechuta jak zawsze swoje piosenki jeszcze raz "przefiltrował" przez siebie. Najwięcej mówi nam jednak sposób śpiewania. Jest to już bodaj ostatnia płyta, gdzie porywa nas, czasami tylko załamująca się, lekkość śpiewu piosenkarza. Ciekawie wypada tu porównanie z nagraniami radiowymi '84. Po oderwaniu się od sposobu śpiewania, jaki od dawna już stosował, słychać dużą świeżość i takie jakby łagodne zadziwienie. To właśnie swego rodzaju zdumienie było w tych jego najwcześniejszych nagraniach, zanim dojrzał wokalnie, tutaj "odrodzenie" starego Grechuty jest jeszcze w początkowym stadium i daje ciekawy efekt.

Wracając do zawartości płyty. Piosenki dedykowane żonie ("Odkąd jesteś", "Żyli długo i szczęśliwie") wypadają przekonująco i pięknie, wiosenno-letnio-jesienno-zimowy żart jest bardzo udany, "Głos" brzmi fascynująco, a "Ciernisty deszczyk" pokazuje nam do głębi poetycką naturę artysty. Jedynie w "Jarmarku świata" do pięknego tekstu Tadeusza Śliwiaka (jego autorstwa także m.in. "Niebieski młyn") słychać u piosenkarza jakby lekką zadyszkę i dziwne rozwlekanie słów. Jednak i to przesłanie do współczesnego świata brzmi bardzo przejmująco, a pozbawione już tej niepokojącej "nierealności" wielu wcześniejszych utworów Grechuty, co pozwala pozostać w radosnym, ale i refleksyjnym nastroju płyty.

A zaraz potem pojawiają się utwory już zupełnie nietypowe. Wita nas radosny walczyk, który ukazuje się utworem instrumentalnym... podobnie jak cała reszta płyty. Taki zabieg zastosował już Grechuta w '74 roku (wzbogacone utwory na podstawie pół-improwizowanej suity do filmu "Jastrun") i w '81 na "Śpiewających obrazach" (fragmenty muzyki do teatralnego przedstawienia "Otello"). Nigdy jednak wkład instrumentalny na jego płytach nie był aż tak duży. Poza tym, nie ma co ukrywać, że zamieszczonym w "Wiośnie..." utworom daleko do fascynującej suity "Spotkania w czasie" z "Magii...", także brak tam porywających wokaliz czy pereł typu "Pieśń biesiadna Otella" jak w "Śpiewających obrazach". Dla "koneserów" jego twórczości może to więc być pewien zawód. Nie są to jednak utwory tak proste, jak się wydają - przeciwnie, dla mnie z czasem stają się coraz bardziej interesujące. A dla fanów stęsknionych lekkości takich piosenek jak "Będziesz moją panią" czy "Nie dokazuj" jest to bardzo miły kąsek i wiele osób stawią tę płytę wśród ulubionych obok pierwszych dokonań Marka Grechuty. Powraca skład i estetyka Anawy, a dojrzała zmieniona osobowość i głos Grechuty nie czynią tej płyty w żadnym aspekcie wtórną.

Utwory instrumentalne pochodzą z trzech "źródeł"; przedstawienia "Colas Breugnon" (1981), filmu "Tumor Witkacego" (1984) i przedstawienia "Kronika Olsztyńska" (1986). Grechuta uczynił tu wreszcie ukłon w stronę swojej publiczności - którą ostatnimi czasy troszkę "zaniedbywał" - dając jej niejako przegląd swoich różnorodnych działań. Płyta "Wiosna - ach to ty" rozkwita lekkością, radością i ciepłem Marka nieskorego tutaj do strofowania i choćby ze względu na późniejsze zmiany w jego twórczości; skłonienie się ku przejmującej, dojrzałej melancholii, czasem moralistyce, a przede wszystkim narastającym kłopotom, które biją ze śpiewu schorowanego człowieka - zajmuje unikatowe miejsce w jego dyskografii.

Magda Próchniak