I twoja postać, jasna postać

Przegląd albumów muzycznych Marka Grechuty

Marek Grechuta i Anawa (1970)

Czy to dobrze, czy źle
tak usypiać we mgle,
szeptać wieści pośnieżne,
podzwonne, spóźnione?
Czy to dobrze, czy źle
snuć się cieniem na tle
kołującej śnieżycy
i epoki przyćmione?

Julian Tuwim

Jak to się stało, że dwaj studenci architektury o dość różnych zainteresowaniach i odmiennych charakterach stworzyli "spółkę", której twory po czterdziestu latach wciąż są przypominane i kochane? Jeden, rocznik 1942, fascynował się jazzem i próbował, z dobrym skutkiem, swoich sił jako pianista jazzowy. Drugi (rocznik 1945, na studiach rok niżej) kochał poezję, a muzykę traktował jako sposób jej wyrażania. Starszy, bardziej przebojowy, miał naturę raczej imprezowicza, drugi był bardzo wrażliwy, delikatny i dość nieśmiały. Obaj mieli w sobie nutę szaleństwa i ogromną ochotę zrobić coś niezwykłego i niebanalnego. Młodszy, Marek Grechuta, lubił śpiewać, pisać wiersze, komponować, grać na fortepianie albo pianinie. Właściwie już w szkole średniej (w rodzinnym Zamościu) próbował swoich sił jako wokalista, choć na niewielką skalę. W 1963 roku wyjechał na studia do Krakowa. Po trzech latach bardzo wytężonej nauki zatęsknił do swoich marzeń. Próbował komponować muzykę do wierszy, a potem siadał w klubie studenckim przy pianinie i śpiewał sobie te swoje kompozycje. Jan Kanty Pawluśkiewicz kiedyś to usłyszał. I zachwycił się. Poczuł, że chce pracować z tym niezwykłym kolegą. Przed Grechutą to również otwierało spore szanse. W grudniu 1966 roku powstał Kabaret Architektów Anawa. Oczywiście, oprócz pomysłodawców (wśród nich także Tadeusz Kalinowski) znalazło w nim miejsce jeszcze paru innych chętnych do podobnej zabawy muzyków (m.in. Zbigniew Wodecki). Ale jakie instrumenty wykorzystywali w kabarecie? Grechuta ('71): "Wyszliśmy z kręgu piosenki studenckiej, a w owych czasach schemat muzyczny tego gatunku polegał na głosie z fortepianem. Ta sztywna i niepisana reguła od razu wydała nam się przestarzała. Pragnęliśmy nadawać utworom bogatsze brzmienie." Tak więc z czasem grały w zespole głównie: fortepian, skrzypce, wiolonczela, gitara, później także altówka, kontrabas, gitara, perkusja. No i cichy głos. "Marek, idź ty na lekcje śpiewu" - mówił zrozpaczony Pawluśkiewicz. Faktycznie, anemiczny głos młodego Grechuty nijak nie przystawał do ówcześnie panującej mody i nie brzmiał jak głos piosenkarza. Ale miał się jeszcze wyrobić i stać się jednym z największych walorów Grechuty.

Ale na razie nikt z nich nie myślał o dalekosiężnej wielkiej karierze, ale o roli, jaką winien spełniać kabaret. Tak więc zabawiał chętnych studentów pastiszami utworów rockowych, groteskowo-surrealistycznymi przedstawieniami, czarnym humorem i pure nonsensem, kabaretowymi piosenkami ze świetnymi tekstami wokalisty (które, jak np. "Nie dokazuj", miały stać się bardzo szeroko znanymi przebojami), ale także skłaniał ku chwilom zadumy, zagłębiając się w teksty Mickiewicza czy Tuwima. Kanty Pawluśkiewicz: "Każde przedstawienie budowaliśmy na zasadzie college'u...Aby osiągnąć efekt swobody i wrażenie improwizacji, zrezygnowaliśmy z tradycyjnego komponowania całości." Kabaret cieszył się w kręgach studenckich coraz większą, budującą występujących sławą. Ale czy Grechuta i Pawluśkiewicz, dwaj muzycy z krwi i kości, mogli się wciąż bawić rozbawianiem kolegów? Wkrótce kabaret zaczął zmniejszać ilość występów, dominujące stawały się występy na deskach amfiteatrów. Pawluśkiewicz: "Mnie najbardziej interesowała muzyka. Nagraliśmy coś dla radia i zrobił się z tego przebój. Stąd trochę fałszywa jest popularna wizja naszego kabaretu. Do Mickiewicza np. doszliśmy zupełnie przypadkowo."

Jak co roku wystartował Festiwal Piosenkarzy Studenckich. Grechucie świeciły się oczy, ale Pawluśkiewicz nie był do końca przekonany. Wreszcie dał się namówić młodszemu koledze. Po eliminacjach, na których Anawa zajęła drugie miejsce, Grechuta miał reprezentować uczelnię na eliminacjach ogólnokrakowskich. Wokalista cieszył się na szczęście zainteresowaniem i aprobatą ówczesnej gwiazdy wielkiego formatu, Ewy Demarczyk. To Demarczyk zresztą była też jednym z głównych impulsów, które skłoniły Marka do poważnego piosenkarstwa. To jej gwałtownej interwencji (była w jury) polska muzyka zawdzięcza fakt, że Grechuta dostał się do ogólnopolskiego finału. Raz "plecy" okazały się potrzebne. Finał odbył się w październiku 1967 i był transmitowany w telewizji. Grechuta zajął... 2. miejsce, za studentką AWF-u, późniejszą wielką gwiazdą Marylą Rodowicz, a żeby sukces był pełen, "Tango Anawa" (z tekstem Grechuty i Marka Czuryły, muzyką Pawluśkiewicza) zostało wyróżnione jako najlepsza piosenka festiwalu.

Liczne drzwi się otworzyły. Studencki zespół-kabaret stał się dość popularny, nie tylko w kręgach studenckich. W malutkiej salce "Bambuko", w której dawali występy, pomimo nadludzkich wysiłków architektonicznych zaczynało brakować miejsca. W studenckim radiu można było usłyszeć Grechutę śpiewającego "Serce" czy "Pomarańcze i mandarynki". A co najważniejsze - dzięki sukcesom w 1968 roku Marek wraz z zespołem został zaproszony na Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu. Podnieceni, zachwyceni, wycyzelowali każdy dźwięk (ćwiczyli przez pięć dni po dwie godziny) niezwykłej kompozycji Pawluśkiewicza "Serce" (którą Grechuta śpiewał już na FPS) i z dumą, bo dostali w końcu nie lada wyróżnienie, pojechali na Festiwal.

Występując w podziwianym przez siebie od lat konkursie, młody chłopak nie tylko się nie speszył, ale... został laureatem Nagrody Dziennikarzy! Sam podkreślał, że to była wyraźna cezura w jego życiu. Nagle zobaczył, że to jego śpiewanie rzeczywiście jest coś warte, że wysiłek nie poszedł na marne. Pojawiły się angaże koncertowe, propozycje nagrań radiowych. Wreszcie zespół mógł naprawdę rozwinąć skrzydła. Grechuta dojrzewał jako wokalista i osobowość na scenie. W ciągu kilku lat nabrał pewności siebie, odwagi, charyzmy, niezwykłej u 20-kilkulatka dojrzałości oraz wyrobił sobie sposób śpiewania, który stał się wizytówką jego niemal 40-letniej kariery. W '69 roku profesjonalny już zespół muzyczny nagrał "małą płytę" pt."Serce" z trzema piosenkami ("Serce", "Tango Anawa" i "Niepewność"), a później przyszedł kolejny sukces w Opolu - Nagroda TVP, tym razem za kompozycję Grechuty "Wesele" (do słów Wyspiańskiego). Aż dziw, że dopiero w 1970 roku Anawa nagrała pierwszą płytę długogrającą pod prostym tytułem; "Marek Grechuta & Anawa".

To była właściwie zbiorcza płyta z 2-3 lat działalności. Ale za to jaka płyta! Aż trudno uwierzyć, że na debiutanckim albumie mogło się znaleźć tyle przebojów! Najpierw "Wesele", nagrodzone rok wcześniej w Opolu, niezwykle "dziwaczna" kompozycja Grechuty do luźnych fragmentów z dramatu Wyspiańskiego; dalej "Twoja postać", jedna z najbardziej fascynujących kompozycji Marka z tamtego okresu, wiersz Czechowicza z fenomenalnie "doklejonym" Micińskim (obydwa te utwory dawały już pojęcie i o wielkiej oryginalności Grechuty jako kompozytora, i o jego niezwykłej łatwości w "żonglowaniu" słowem). Następnie pojawia się kabaretowo-erotyczne "W dzikie wino zaplątani", tym razem z tekstem Grechuty i porywającą muzyką Pawluśkiewicza. "Niepewność" (słowa: Mickiewicz, muzyka: Pawluśkiewicz) pochodzi z "małej płyty" "Serce" z '69 roku - i jest to jeden z największych przebojów Grechuty. Potem pojawia się kolejna kompozycja Pawluśkiewicza - "Piosenka" do słów Juliana Przybosia, choć powstała do... tekstu Grechuty! Jest to najbardziej mroczny i niepojący, a jednocześnie fenomenalny utwór. "Zadymka", wówczas duży przebój, do słów Juliana Tuwima (muz.: J.K.P.) zmienia nastrój - jest spokojniejsza i "przyjaźniejsza", choć również pełna filozoficznego niepokoju. Najradośniejszą zaś, i jak to ktoś kiedyś określił "najbardziej energetyzującą w całej twórczości Grechuty", jest jego autorska piosenka "Będziesz moją panią", będąca zaiste przepięknym hymnem miłości do niedawno poznanej narzeczonej (wkrótce - żony). Według mnie ta piosenka posiada, jak to określam, "głęboką wewnętrzną melodyjność". "Nie dokazuj" (muzyka: J.K.P., słowa: M.G.), najbardziej kabaretowa w duchu piosenka (co słychać już w inicjujących utwór skrzypcach), podobno było później przez lata ulubioną piosenką publiczności na koncertach. Ironiczne słowa: "Nie dokazuj, miła, nie dokazuj", podobnie jak mickiewiczowskie "Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?" z "Niepewności" weszły już niemal do języka potocznego. Potem nastrój znowu ulega zmianie dzięki drugiemu nagraniu z '69 roku "Serce". "Serce" teoretycznie jest co prawda kompozycją Pawluśkiewicza, ale podobno współpraca układała się panom tak fantastycznie, że nie można tak naprawdę robić wyraźnych rozróżnień, bo oni sami tego dobrze nie wiedzą; bywało nawet, że żaden "nie przyznawał się" do autorstwa. Dobór tekstu zdaje się tu być na pewno Marka, ponieważ wiersz Nowickiego wzbogacają tu znowu słowa Wiśniowskiej i bardzo trudno jest rozróżnić, co jest czym - i zresztą nie ma takiej potrzeby. "Serce" było piosenką-wizytówką młodziutkiego Grechuty, romantycznego cherubinka, jakim miał w świadomości wielu pozostać i jakim urzekł tysiące - głównie kobiet - w Polsce.

Płytę kończy utwór jak na Anawę, barokowo-klasycyzującą, nietypowy, jedyny zresztą do słów poety-rówieśnika, Leszka Aleksandra Moczulskiego. Jest to "Korowód" do muzyki Kantego Pawluśkiewicza. Piosenka oparta bardziej na rytmie niż na melodii, skandowana przez cały zespół, w konwencji trochę protest-songu. Słowa Moczulskiego miały później tak zaintrygować Grechutę, że do całego wiersza (tu jest wykorzystany tylko fragment) stworzył jedną ze swoich najważniejszych kompozycji. "Korowód" Pawluśkiewicza jest już więc niemal zapomniany, ale warto poznać i tę ciekawą wersję piosenki (choć wypada tu raczej mówić o dwóch różnych utworach). Piosenki tak utożsamiane z wczesnym Grechutą jak choćby "Tango Anawa" czy "Pomarańcze i mandarynki" tak naprawdę nigdy nie znalazły się na płycie długogrającej ("Tango Anawa" na "małej płycie"). Można je usłyszeć na odnowionej wersji albumu z '70 roku z serii "Świecie nasz" (CD). Można tam również usłyszeć jeszcze kilka ciekawych utworów, które nie zostały uwzględnione na płycie ("Nie choć dziewczyno do miasta", "Koń na biegunach") albo "wcześniejszą wersję" "Piosenki" ("Pieśń jedenasta") i "Wesela" ("Gdy zabrakło ci uśmiechu") - oba do tekstów Grechuty. Jest też parę nagrań koncertowych z '69 roku. Debiutancka płyta Grechuty stała się płytą najszerzej znaną, i to nie przez jakiś niezwykły pomysł całości (choć uważam, że jest faktycznie genialnie skomponowana pod względem harmonii nastrojowej, nie nuży ani przez zbytnią słodycz, ani przez zbytnią melancholię, ani przez zbytni żart czy liryzm), ale przez "przebojowość" poszczególnych utworów. Jest to chyba pewien ewenement, że u artysty, który stworzył przeszło 200, 250 piosenek i wydał 13 płyt, większość licznych przebojów pochodzi z... debiutanckiego albumu (a druga znaczna część z drugiej płyty). Jest to zasługa tak niezwykłej wokalistyki (często jeszcze wówczas melorecytacji, choć tego się czasami nawet nie zauważa), jak i wielkiej przystępności grechutowo-pawluśkiewiczowskich (nazywanych wtedy polskim Lennonem i McCartneyem) utworów. Później Grechuta miał przejść do dużo trudniejszej tak w tworzeniu, jak i w odbiorze twórczości.

Korowód (1971)

A oni tam zboże sieją,
senne siano się zwozi
w sienie otwarte na oścież,
tam lato ze złotym berłem
przechodzi

Jan Zych

Jednym z czynników, które skłoniły Marka Grechutę do szerokiego zainteresowania się muzyką i piosenką, był słyszany śpiew. Ekspresja i prawda, jakie pobrzmiewały w głosie Elvisa Presleya, absolutnie zachwyciły małego chłopca. Studenckie radio dało mu poznać Czesława Niemena czy wielkie rock&rollowe gwiazdy. Rozbudzali młodzieńczą wyobraźnię do szaleństwa, przyszły architekt rwał się do tego całym sercem. Być może przeczuwał swoją głęboką umiejętność wypowiedzi artystycznej. Potem jeszcze zapierająca dech w piersiach harmonia muzyki, poezji i głosu na niezwykle nastrojowym recitalu Ewy Demarczyk; to było olśnienie ?magią, która bardzo skutecznie zaczarowała chłopaka i w dużej mierze zadecydowała o jego "profesji". Oto znalazł muzykę dla siebie.

Nieśmiały trochę, cichy śpiew próbującego swoich sił Grechuty niektórych zachwycił od razu - moją uwagę szczególnie zwraca delikatna, śpiewna wymowa i piękna artykulacja bezdźwięcznych głosek (która została mu do końca) - inni jednak sceptycznie podchodzili do głosu delikatnego chłopca. Swoją drogą, jakąż więc pewność siebie musiał mieć 22-latek, skoro był głęboko przekonany, że nie ma już dla niego innej drogi. Nagrania z VI Festiwalu Piosenkarzy Studenckich są rozkoszne, mogą wzruszać, czasami nawet przejmować dreszczem. Jednak trudno jeszcze w eterycznym głosiku doszukiwać się przyszłej siły artysty. Nagrania radiowe z '69 (jak choćby "Niepewność") czy nawet '68 roku zdumiewają zmianą, jakiej uległ głos Grechuty. Młody piosenkarz, gdy tylko dostał szansę i kontakt z szeroką publicznością, szybciutko nauczył się, jak powinien śpiewać, a że miał genialną intuicję i był perfekcjonistą, akustyka stała się częścią jego piosenek. Poza tym już od początku można było wyczuć, że, razem z Pawluśkiewiczem, bardzo dbają o nastrój i dramaturgię.

Pierwsza płyta wokalnie brzmi już dojrzale i bez zarzutu, ale dopiero na drugiej, wydanej rok później, głos Marka jest odpowiednio przejmujący i wydobywa cały posmak tekstów (innej już zresztą natury). W bardzo entuzjastycznej ówczesnej recenzji płyty czytamy m.in.; "Osoba wykonawcy zostaje indywidualnością o niezwykle czystej emisji głosu, tak że nikt rozsądny nie nazwie już jego śpiewu melodeklamacją czy zawodzeniem." Skład instrumentalny również uległ pewnym zmianom. Grechuta: "Obecnie miejsce dawnych smyczkowych aranży zajęły opracowania oparte na równowadze instrumentów." Bardzo ważną rolę zaczyna pełnić kontrabas Jacka Ostaszewskiego (charakterystyczny dla całej płyty "Korowód"), muzyk gra też na flecie prostym. Do składu na stałe weszła perkusja (na płycie - Eugeniusz Makówka), w piosence "Korowód" pojawia się także gitara basowa Mariana Pawlika.

Już w '70 roku zespół grał na koncertach część repertuaru "Korowodu". Po nagraniu pierwszej płyty, gdzie znalazło się "zaledwie" dziesięć utworów, plus kilku nagrań radiowych - zespół Grechuty i Pawluśkiewicza kipiał jeszcze pomysłami. Młodzi, choć już nie całkiem początkujący muzycy zaczęli włączać do swojego repertuaru utwory bardziej zbuntowane, bliżej - choć nie bezpośrednio - odwołujące się do trudnej rzeczywistości PRL-u. Jan Kanty poprosił kiedyś Grechutę o napisanie tekstu bliższego ówczesnemu młodemu Polakowi niż dotychczasowy repertuar Anawy. Romantyk bujający w świecie nieskalanego piękna stworzył tym razem wiersz zgoła inny (ale, jak można się domyślać, bardzo się z nim utożsamiał). Natchnione, jak mówił o nim Pawluśkiewicz, "Świecie nasz" dostało w dodatku iście mistrzowską oprawę zachwyconego kompozytora i stało się jednym z najważniejszych utworów Grechuty - swoistym hymnem pokoleniowym, który w dodatku nie stracił wcale na aktualności, zmieniła się najwyżej wymowa niektórych zwrotów. "Świecie nasz" poprzedza na płycie trochę już dzisiaj zapomniane, autorskie "Chodźmy" Grechuty. Na płycie "Złote przeboje 2" te dwa utwory występują razem, a jeśli spojrzeć na te wiersze w którymś z tomików poetyckich Grechuty, zauważy się część tekstu "Świecie nasz" właśnie w "Chodźmy". Oba wiersze doczekały się muzyki dwóch różnych kompozytorów. I choć nie tworzyli jeszcze oni muzyki tak ściśle razem, jak ma to miejsce w przypadku późniejszej płyty "Szalona lokomotywa", to jednak pokazuje to w dalszym ciągu fenomenalną współpracę obu panów przy jednoczesnym indywidualnym rozwijaniu się. Jak się szybko okazało, w zbyt różnym kierunku, ale zanim nastąpił krytyczny moment, te dwie wielkie indywidualności potrafiły jeszcze razem tworzyć dzieła coraz bardziej niezwykłe.

Choćby "Kantata" (do wiersza Jana Zycha). Jest to jeden z najbardziej niesamowitych utworów Pawluśkiewicza z repertuaru Grechuty (utworu swoją drogą, który przez lata, wraz z dojrzewaniem artystycznym Marka, przechodził niezwykłą ewolucję) i najciekawszych z tamtego okresu działalności piosenkarza. "Kantata" urzeka zrywaniem z konwencjami piosenki, ale zrywaniem bardzo mądrym. Pawluśkiewicz zawsze podziwiał u Marka tę niezwykłą zdolność rozumienia poezji, której sam nie posiadał (choć również był swego rodzaju romantykiem, i doskonale rozumiał, że muzyka nie jest "wypełnieniem" piosenki, a jej z n a c z e n i e m) - ale mistrzowska kompozycja w żaden sposób nie kłóci się tutaj z niejednoznacznym tekstem. Właściwie może to ta niejednoznaczność dawała kompozytorom (w dalszym ciągu, zgodnie z początkowym założeniem, głównie Kantemu) dużą swobodę muzyczną, dzięki której album zalicza się czasem do rocka progresywnego, choć przecież można tu równie dobrze mówić o poezji śpiewanej.

Na "Korowodzie" znajduje się np. piosenka (kompozycja Marka), o której często mówi się jako o najpiękniejszej w całej polskiej poezji śpiewanej, być może najważniejsza (i bardzo osobista) w twórczości Grechuty, której tytuł wszedł do "potocznej mowy". Mowa tu o "Ocalić od zapomnienia", oczywiście. Piosenka powstała do kilku fragmentów przepięknych "Pieśni" Gałczyńskiego, które kompozytor połączył tak wdzięcznie i z takim przekonaniem, że nie budzą żadnych wątpliwości. Utwór doczekał się wielu interpretacji ze strony samego Grechuty, przez dłuższy czas artysta wykonywał go tylko i wyłącznie przy fortepianie, potem skłonił się znowu ku bardziej rozbudowanej i monumentalnej formie, śpiewał ją lekko, szybko, lub też z namaszczeniem i patosem ? nie ma zdecydowanie najlepszej wersji, dyskusje fanów są tyleż gorące, co jałowe, bo każdy upodobał sobie co innego. Ale niezależnie od tego - a może właśnie z tego powodu? - jest to piosenka absolutnie "czarodziejska" i nikt nawet nie próbuje mierzyć się z jej legendą. Jak powiedziała Ewa Bem: "Piosenki, które śpiewa Marek, są piękne. Teksty, które śpiewa, też są piękne. Ale jednak, bez niego, tracą swoją urodę. Widocznie należą wyłącznie do niego."

Tak samo jak np. ostatnia piosenka na płycie, "Niebieski młyn". Bardzo ceniony przez fanów (także w tamtym czasie), nikt chyba jednak nie zabierał się za próby interpretacji tej dość zaskakująco zapomnianej piosenki. Tekst Tadeusza Śliwiaka (poeta współczesny, podobnie jak Jan Zych) doczekał się zachwycającej kompozycji Jana Kantego Pawluśkiewicza, a Marek, zdobywszy się na nietypową jeszcze wówczas dla siebie ekspresję, czyni z dość niepozornego utworu genialną pointę albumu, w którym po przedostatniej, tytułowej piosence naprawdę już mało co mogło zaskoczyć.

Fana młodej Anawy mógł zdziwić właśnie tytuł drugiej płyty, bo piosenka pod takim tytułem była przecież zakończeniem pierwszego albumu. Ten skandowany, filozoficzny utwór do słów Leszka Moczulskiego z muzyką Jana Kantego bardzo jednak zafascynował Grechutę. Zdecydował się zrobić go jeszcze po swojemu, w efekcie nadając mu wspaniały, niezwykły rozmach. Sięgnął po cały tekst Moczulskiego, napisał zupełnie odmienną niż Pawluśkiewicz, bardziej jakby filozoficzną muzykę, dodał charakterystyczną i porywająca wokalizę... oraz dał instrumentalistom swobodę. Podsunąwszy swoje tematy, pozwolił im zagrać "jak im w duszy gra". Niesamowity klimat kilkuminutowej części instrumentalnej pokazywał, że Anawa to nie tylko Grechuta i Pawluśkiewicz, ale ponadto cały zespół błyskotliwych muzyków. Solo Jacka Ostaszewskiego na flecie czy popisy pozostałych dowodziły jednak rodzącej się potrzeby indywidualnej wypowiedzi wśród muzyków. To wszystko prowadziło nieuchronnie do rozpadu. Ale wówczas upojeni sukcesami członkowie Anawy poważnie jeszcze pewnie o tym nie myśleli.

A sukces rzeczywiście przyszedł. Widownia Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu w '71 roku mogła usłyszeć utwór niezwykły, pełen żarliwości w spinającym całość, powtarzającym się śpiewie młodego mężczyzny i szokujący wręcz bardzo rozbudowaną, improwizowaną częścią instrumentalną. Anawa z Grechutą na czele potrafiła pozostawić jury w takim zachwycie, że przyznało im (za utwór "Korowód" właśnie) wyczekiwane zapewne, zwiastowane już wyróżnieniami w '68 i '69 roku pierwsze miejsce (Nagrodę Ministerstwa Kultury i Sztuki). Sukces był pełen. Koncert laureatów porwał widownię intonowanym przez Grechutę i zespół "Aa aa aa aa..." i uczynił z nich prawdziwych idoli, mogących w dalszym ciągu zadowalać bardzo wybrednego słuchacza.

Jednak Grechuta zdawał się, podświadomie być może, wyznawać zasadę prostoty. Nie "sztuka dla sztuki", ale "sztuka dla ludzi". To, że twórczość nie jest przez ludzi rozumiana, nie musi świadczyć o jej niezwykłym wyrafinowaniu. A "przebojowość" piosenki może być ukłonem bardzo ambitnego artysty w stronę szerokiej widowni. Tak się stało (choć nie było to zapewne ścisłym założeniem Marka, który nie kalkulował, a po prostu tworzył to, co mu przychodziło do głowy) z piosenką "Dni, których nie znamy", napisanej przez Grechutę ze zwalczanej rozpaczy i umuzycznionej przez niezawodnego Pawluśkiewicza. Prosty, bezpośredni tekst, z bardzo przystępną (a przy tym niebanalną) muzyką okazał się niezwykle oddziaływać na wyobraźnię słuchaczy, stając się dzisiaj najbardziej znanym utworem Marka Grechuty. Myślę, że napisawszy tę niezwykłą płytę, zawierająca takie perły jak "Ocalić od zapomnienia", "Świecie nasz" czy wreszcie "Korowód", muzycy raczej się tego nie spodziewali. Zresztą, także "Dni których nie znamy" (które stały się nieoficjalnym hymnem klubu piłkarskiego Korona Kielce) w kontekście całej płyty zyskują dużo głębszą wymowę.

Płytę uzupełniają dwa utwory instrumentalne. Pierwszy jest właściwie wstępem (autorstwa Marka Jackowskiego, jedyne ze wszystkich albumowych nagrań Anawy i Grechuty autorstwa nie-Marka i nie-Pawluśkiewicza). Introdukcja buduje właściwy nastrój, a mianowicie poczucie niezwykłej wyjątkowości albumu. Solówka na serbskim instrumencie o nazwie brae nie ma sobie równych i jest fantastycznym kąskiem. Ale to nie jedyny instrumentalny rarytas na tej płycie. Pawluśkiewicz zdumiewa, budując całkowicie zaskakujący, przynajmniej w kontekście ogólnej twórczości zespołu, "Nowy radosny dzień". Sięga po pomoc Orkiestry Symfonicznej Teatru Wielkiego w Warszawie i po różne nagrania archiwalne, robiąc niezwykle udany utwór, będący już wyraźnym zwiastunem jego przyszłych nowych zamierzeń, które miały go poróżnić z mającym własną koncepcję Grechutą. Atmosfera rozstania jest właściwie, zwłaszcza teraz, niejasna, niemniej dla fanów zespołu, w większości zachwyconych pewnie fenomenalną płytą, musiało być ono tragedią. Na szczęście członkowie umieli odnaleźć własną drogę. A zanim fantastyczna Anawa "pękła w szwach", potrafiła jeszcze w "przedśmiertnej agonii" stworzyć dzieło, które do dzisiaj jest uznawane za jedno z najważniejszych i najbardziej nietuzinkowych w całej polskiej muzyce - nie tylko rozrywkowej.

Droga za widnokres (1972)

Więc pójdziesz sam, zobaczysz w drodze
jak czas powiela ludzkie twarze,
będziesz dla ziemi pożądaniem,
a dla pocisków drogowskazem

Wincenty Faber

Intryguje mnie zdanie Jana Kantego Pawluśkiewicza, którym ocenia dzisiaj rozpad Anawy po nagraniu "Korowodu" i zakończoną (na parę lat) współpracę z Markiem Grechutą: "i się rozstaliśmy - ze szkodą dla nas obydwu." Otóż ta "szkoda" jest tu bardzo względna. Fakt, że Grechuta już nigdy nie miał takich przebojów jak podczas kilku tylko lat współpracy z Pawluśkiewiczem, fakt, że szczyt popularności, jaki miał w '77 roku, zawdzięcza ponownej współpracy z tymże. Kanty Pawluśkiewicz też już nigdy nie miał szansy stać się tak szeroko znany (osobom nie ze swojego kręgu), jak kiedy działał z Markiem. Ale brak przebojów nie świadczy o kryzysie w działalności artystycznej Grechuty, bo nie od dziś wiadomo, że to, czy piosenka jest "przebojem", bynajmniej nie odzwierciedla jej wartości. Wybitny artysta, a takim był pod każdym względem Marek, z pewnością w końcu zacznie się czuć źle w ciągłej współpracy z inną indywidualnością. Anawa miała dwóch "dyrektorów", Pawluśkiewicza i Grechutę, co na krótszą metę może dawało fantastyczne rezultaty, ale w końcu musiało się rozpaść. "Korowód" był, jak to określił Grechuta, "pewnym apogeum od strony traktowania muzycznego, od strony pomysłowej; na tej płycie znalazły się utwory o tak różnym charakterze, klimacie, iż sami stwierdziliśmy, że jest to płyta, po której trudno już powiedzieć, jak dalej można rozwijać tę konwencję". I trudno się z tym nie zgodzić. Tak więc limit współpracy (przynajmniej na pewien czas) się wyczerpał. Zresztą, nie tylko Grechuta chciał wyrwać się spod dominującej jak się wydaje dyrektywy Pawluśkiewicza (to w końcu przy nim, ale już nie na długo, została Anawa, choć w zmienionym składzie i Andrzejem Zauchą w roli wokalisty), ale także poszukujący własnej drogi Marek Jackowski czy Jacek Ostaszewski (utworzyli zespół Osjan). Grechuta wytworzył sobie koncepcję tworzenia "poezji współczesnej na tle muzyki improwizowanej" (czy, jak to bardziej sugestywnie kiedyś określił, "intuicyjnej"), co przez trzy lata - w latach 1971-1975 - realizował z założonym przez siebie zespołem WIEM (W Innej Epoce Muzycznej). Był jego jedynym liderem. Nigdy nie dawał pozostałym członkom tego odczuć, był po prostu jednym z nich, ale pod koniec współpracy po prostu rozwiązał zespół. WIEM jest zazwyczaj określane jako grupa jazz-rockowa. Mówiąc dokładniej, instrumentalizacja była tu może bardziej rockowa (gitary elektryczne, akustyczne, basowe, instrumenty perkusyjne, ale także fortepian, kontrabas i ? w późniejszym okresie - skrzypce elektryczne), a sposób grania (tj. improwizowanie, zwłaszcza na koncertach) nasuwa skojarzenia z jazzem. Artysta jednak mówił: "Nie będę wmawiał, iż w założeniu starałem się robić piosenki z muzyką jazzową. Natomiast można powiedzieć, że pewne elementy współczesnej muzyki poważnej (a w tym i jazzu) usiłuję łączyć z poezją współczesną, aby zyskać całość współczesności" Uderza brak charakterystycznych, sztandarowych wręcz dla Anawy smyczków. Grechuta świadomie zrywał z dotychczasową formułą, z którą był kojarzony - choć dzisiaj tak naprawdę kojarzy się go niemal jedynie jako "romantycznego cherubinka" (który ktoś określił jako jego "wygładzony i bardzo przekłamany artystyczny wizerunek"), jakim był zwłaszcza przez trzy pierwsze lata działania Anawy, ale później przecież wielokrotnie zaskakiwał swoich fanów, robiąc coś, z czym nigdy nie był dotychczas kojarzony. A bodaj nigdy nie zrobił tego tak dobitnie, jak płytą "Droga za widnokres" nagraną w '72 roku.
Uderza już skład zespołu nagrywającego płytę:
Marek Grechuta (śpiew, fortepian)
Paweł Ścierański (gitary elektryczne i akustyczne)
Paweł Jarzębski (kontrabas)
Józef Gawrych, Bogdan Kulik, Tadeusz Kalinowski (instrumenty perkusyjne)
Tylko tyle. I do tego jeszcze słowa wokalisty: "Na początku chciałem nagrać płytę z samą gitarą akustyczną". Jak to, u Grechuty, słynącego z często ogromnego składu instrumentalnego? Jakby tego było mało, ten twórca wspaniałych, rozbudowanych kompozycji, później nierzadko zrywających z konwencją zwrotki i refrenu, tworzy tu dla każdej piosenki jedną linię melodyczną, która potem w niemal niezmienionej formie pojawia się w kolejnych zwrotkach. Zwrotek jest wiele. Piosenki są długie. Aranżacje dość ubogie. Łatwo podejrzewać utwory o monotonię. Ale te piosenki nie są monotonne. Są t r a n s o w e . Melodie oddają niełatwe i niejednoznaczne wiersze poetów współczesnych, częściowo znajomych Marka (zdarzało się, że muzyka powstała jednocześnie z tekstem ? na zasadzie "dopasowywania", "dokładania" przez obie strony). Piosenkarz, który "zahartował" już sobie głos czterema latami śpiewania, teraz jeszcze zaczął szukać dla niego nowego brzmienia. I właściwie od tej płyty zaczynają się fascynujące metamorfozy wokalistyki Grechuty. Każdy utwór śpiewa tu inaczej, a jego głos często polifonizuje z muzyką. Brzmi niepokojąco, a momentami nawet metafizycznie. Oto fragment recenzji Michała Wacha (z internetowej strony "muzyki 3-go ucha"); "Gdzie zatem mróz? W głosie Marka Grechuty. To on daje znak tarantulom, by rozpoczęły bieg po plecach słuchacza. Głos, który nie pozostawia złudzeń." Samego artystę ucieszyły wówczas słowa z innej recenzji - że jego głos brzmi "jak śpiew muezina wzywającego na wieczorną modlitwę".

Jest to chyba płyta, na której najmocniej odznacza się ówczesna rzeczywistość. Nie znajdujemy tu wyraźnych aluzji politycznych, ale całość jest ponura, ostra, mocno krytyczna wobec beznadziei początku lat 70-tych w Polsce. Ale wymiar płyty jest uniwersalny, ogólne przesłanie, jakie się z niej wyłania, ponadczasowe. Widzimy tu młodego człowieka, który nie godzi się na ponurość i beznadzieję, a wyzwolenia szuka w mistycznej ludowości ("Krajobraz z wilgą i ludzie"), w pięknie ("Droga za widnokres"), wreszcie w sobie samym ("Gdzieś w nas"). Wie, że w życiu (przedstawionym jako "Wędrówka") nie ma prostych i jasnych rozwiązań ("Pewność"). Buntuje się ("Jeszcze pożyjemy") przeciwko katastrofie, w jakiej znajduje się kraj czy - szerzej - do jakiej w ogóle zmierza świat ("Może usłyszysz wołanie o pomoc"). Ale wie, że zawsze gdzieś będzie "kasztan, kiedy kwitnie lub owoc otwiera" ("Gdziekolwiek"). Ostatnia wspomniana przeze mnie piosenka jest liryczna, podobnie jak ostatnia na płycie piosenka tytułowa, ale w istocie gorzka to liryka. Każdy z utworów robi duże wrażenie, ale grzechem wręcz jest słuchać tej płyty urywkami, bo nie odczuje się wtedy nastroju jednego z niepowtarzalnych Grechutowych światów. Według Michała Wacha to nawet "najlepsza pyta wydana kiedykolwiek w Polsce"...

Magia obłoków (1974)

Cyrkowym sercem uwierzyć, by iść
w niepowstrzymanym pochodzie żyć,
z taneczną wiarą we własny świat,
wśród tylu zdarzeń, przez tyle lat
Leszek Aleksander Moczulski

Okres pt. WIEM w karierze Grechuty trwał w zasadzie dość krótko, bo artysta nie należał do typowych liderów i wciąż poszukiwał nowych wyzwań. Wydał ze swoim zespołem dwie płyty. Pierwsza okazała się przełomem w karierze Marka. Wydana bardzo szybko, zawierała w zasadzie tylko szkice piosenek, a zespół w swoim pierwszym składzie zaraz się rozpadł. I tak już miało być, mało muzyków było związanych z WIEM-em na stałe. Ale przewinęło się przez niego kilku wybitnych instrumentalistów, a Grechuta zrobił coś fantastycznego, dając im wielką swobodę gry. I tak improwizowali na koncertach, nadając nowe formy niektórym piosenkom Anawy oraz rozbudowując utwory z "Drogi za widnokres". Ascetyczny i "surowy" kształt albumu okazał się być fascynującą inspiracją, Grechuta zarówno nagrał kilka utworów jeszcze raz w wersjach radiowych, jak i zaskakiwał na koncertach ewolucjami piosenek. Potencjał drzemiący w utworach z "Drogi...", z których takie jak np. "Krajobraz z wilgą i ludzie" czy "Wędrówka" stały się niemal żelaznym repertuarem piosenkarza, ukazał artysta, nagrywając 19 lat później stanowiący niemal osobną pozycję w jego dyskografii remake albumu.

Jego zamiłowanie do pięknego brzmienia skłoniło go jednak do niekontynuowania formuły, która wprawdzie budowała rewelacyjny album, ale na drugim brzmiałaby już wtórnie, a to nie zdarzyło się Grechucie nigdy w całej jego wcześniejszej (niedługiej jeszcze) i późniejszej karierze. "Eksperymenty" zespołu na koncertach pozwoliły Grechucie "wybadać" i wypróbować różne pomysły. Nie jest więc zaskoczeniem, że wydana dwa lata po pierwszej płyta miała już dokładnie określony kształt. Brzmieniem nie przypominała ani Anawy, ani pierwszej płyty WIEM-u. Rozbudowane kompozycje przywodzą raczej na myśl późniejsze dokonania Grechuty. Wróciła jego łagodność, raczej koi głosem niż napomina, choć materiał tekstowy w zasadzie się nie zmienił. Kompozytor znowu sięga tu po Ryszarda Krynickiego, Tadeusza Śliwiaka, Ewę Lipską, dołącza się także własnym utworem. Nastrój piosenek nie jest tak dramatyczny jak w "Drodze...", pozornie nawet optymistyczny, chociaż nie do końca. W obrazie odmalowanym w "Igle" (tekst: Tadeusz Śliwiak) "martwa rzeka ustaje, cień zarasta drogi", a Ewa Lipska w przepięknie umuzycznionym przez Grechutę wierszu z filozoficznym smutkiem konstatuje, że "a więc to nie tak, jak było w książkach...". Ale jednak mamy tutaj na płycie młodego człowieka w pełni sił, który już na początku deklaruje słowami Leszka Moczulskiego "taneczną wiarę we własny świat".

Ryszard Krynicki, wcześniej współautor dramatycznego songu "Może usłyszysz wołanie o pomoc", tu jest autorem jednego z najważniejszych tekstów Grechuty, dość radosnego "Świata w obłokach". Płyta nie posiada jednak wielu tego typu przebojów, i, co po części z tego wynika, jest chyba ogólnie biorąc mniej ceniona niż "Droga za widnokres". Biorąc pod uwagę jej o ileż bardziej dopracowaną formę, może to trochę dziwić. Ale z drugiej strony przez to, że utwory były tak "wykończone", Grechuta nie wykorzystywał ich raczej na recitalach (przecież z jego późniejszego wielkiego dzieła "Pieśni..." tylko jeden bodaj utwór pojawiał się na koncertach), nie podlegały też więc tak fascynującym i nieustannym ewolucjom jak utwory z poprzedniej płyty. Tak więc fanom lepiej są znane takie utwory jak "Gdziekolwiek" czy "Gdzieś w nas" niż "Igła", "A więc to nie tak" czy "Ptak śpiewa o poranku".

Pewien wyjątek stanowi tu popularna "Godzina miłowania" z rozbudowaną, podobnie jak w "Korowodzie", częścią instrumentalną (choć prawdopodobnie pierwsza, dłuższa wersja była jej pozbawiona). Po tym utworze następuje czteroczęściowa suita z filmu "Jastrun" (oryginalna, mniej rozbudowana wersja znajduje się w aneksie do reedycji płyty z serii "Świecie nasz"). Ta piękna, improwizowana (bezpośrednio do obrazu filmowego) muzyka to jedno z najciekawszych dokonań czysto instrumentalnych Grechuty. Artysta towarzyszy na fortepianie kolegom z zespołu, a w ostatniej części suity zachwyca przepięknym wykonaniem (i kompozycją) wiersza Mieczysława Jastruna. Potem już następuje swoisty "wielki finał" - "Na szarość naszych nocy". Cały zespół (razem z grupami wokalnymi Boom i Gramine) przejmująco wyśpiewuje dość posępną wizję Leszka Moczulskiego (pochodzącą z "dramatu obrzędowego" Exodus Teatru STU - w '78 na płycie "Songi Teatru STU" pojawiają się dwie kompozycje Grechuty, "Na szarość..." i "Gdzie mieszkasz nocy", nagrane w '75 roku przy udziale Teresy Iwaniszewskiej-Haremzy).

Płyta kończy się więc zbiorowo wyśpiewaną prośbą ("Listek, iskierkę, cień, jak kotwicę,wbij w nasze serce"). Jest to wyraźny kontrast do "Drogi za widnokres", gdzie Marek śpiewał absolutnie sam. Tu piosenkarz sięgnął po inną formę wyrażania piosenek, budując kolejny niepowtarzalny świat - poezja współczesna dawała mu dużą swobodę i "rozwiązłość" kompozytorską, jego głos pełen jest jeszcze lekkości i, dojrzalszej już, młodości, a bogactwo motywów muzycznych i niekonwencjonalne ich zastosowanie nawiązuje wreszcie do "Wesela" czy "Twojej postaci", dając wyraźnie znać, że kompozytor, kiedy czuje taką potrzebę, przestaje się liczyć z konwencjami piosenki.

Magda Próchniak