| WSPÓŁISTNIEĆ W HARMONII
Wywiad pochodzi z książki "Krakowskie gadanie" - wydaną przez Wydawnictwo Literackie. Autorką książki jest Beata Matkowska- Święs.
Kiedy po raz pierwszy usiadł pan przy pianinie?
W domu zawsze stało pianino, ale rodzice nie potrafili grać. Gdy tylko podrośliśmy trochę, razem z siostrą zaczęliśmy brać lekcje gry. Ja uczyłem się od trzeciej klasy szkoły podstawowej aż do matury. Jednak w rodzinie ze strony ojca chętnie śpiewano. To była bardzo muzykalna rodzina. Pamiętam z dzieciństwa, że z okazji świąt lub rodzinnych uroczystości zbierali się wszyscy bracia i siostry ojca, a było ich siedmioro, i zaczynali śpiewać na głosy. To bardzo piękne wspomnienie.
Wtedy pomyślał pan o śpiewaniu?
Nie. Dopiero na studiach. W liceum w Zamościu recytowałem wiersze na różnych okolicznościowych akademiach. Wkuwałem ogromne ilości strof i powtarzałem je bezrozumnie. W ogóle nie rozumiałem tych wierszy. Pamiętam, jakie zdumienie wśród kolegów wzbudziła, trwająca prawie pół godziny, moja recytacja "Hymnu" Kasprowicza. Dopiero dużo później zacząłem zastanawiać się nad tym co recytuję. Gdy zrozumiałem, to co mówię, zachwyciłem się poezją. I pokochałem ją. Tak dwie pasje zostały zasiane: muzyka i poezja. Ale dopiero w Krakowie zaczęło się na dobre. Pierwsze kompozycje grałem w klubie studenckim Zaścianek. Kiedyś do fortepianu dosiadł się Janek Kanty Pawluśkiewicz i wtedy powstała nasza pierwsza piosenka "Pomarańcze i mandarynki". To było tuż przed festiwalem piosenki studenckiej w 1967 roku.
Kto kogo namówił na udzial w festiwalu?
Ja namówiłem Janka, Nasze występy w kabarecie architektów w miasteczku akademickim oglądali tylko studenci, a my marzyliśmy aby wyjść z piosenkami poza środwisko. Wiedzieliśmy, że chcemy tworzyć piosenki niebanalne, wiersze piękne, wzniosłe i oryginalne, a muzykę bogatą w aranżacji, odpowiednią do nastroju wiersza. Nie interesowały nas przeboje jednego tygodnia, i może dlatego po trzydziestu trzech latach te pierwsze piosenki wciąż są słuchane.
Interesowała pana muzyka i poezja, skąd więc pomysł aby studiować architekturę?
Te młodzieńcze pasje byly tak bardzo niedojrzałe, że nie dawały powodu, aby decydować się na studia aktorskie czy muzyczne. Natomiast zachęcony opowiadaniami starszych kolegów o studiach na architekturze, zdałem na Politechnikę Krakowską, co było o tyle trudne, że egzaminowano nas z matematyki. Później okazało się się, choć nigdy nie pracowałem w zawodzie, że architektura - sztuka wyobraźni, przydała się w mojej późniejszej pracy poetyckiej i kompozytorskiej. Ale najważniejszym momentem w czasie studiów było spotkanie z Jankiem Pawluśkiewiczem - też studentem architektury, założenie kabaretu i zespołu Anawa. Te pasje wzięły górę nad architekturą.
Marzenia o wielkiej architekturze, jakieś nowatorskie projekty zderzone z rzeczywistością. To był pewnie duży stres.
Gdyby architektura nie była w tamtych czasach zajęciem "wyłącznie do szuflady" - budowano z wielkiej płyty szare, wielkie budowle, a wspaniałe, fanstastyczne projekty nie miały szansy realizacji - pewnie zostałbym architektem. A tak to była jedynie intelektualna przygoda.
Inną przygodą był zespół Anawa. Co ta nazwa oznacza?
Nazwa pochodzi od francuskiego en avant, czyli "naprzód?", a wymyślił ją nasz kolega - też student architektury. Anawa w pierwszym składzie istniała pięć lat. W końcu zespół rozsadziły indywidualności: gitarzysta Marek Jackowski przeszedł do Osjana Jacka Ostaszewskiego, a później założył Maanam, Janek Pawluśkiewicz dążył do form wyłącznie muzycznych. Bardzo ubolewałem, że Anawa się rozpadła, bo razem stworzylismy wspaniałe piosenki, wydane na dwóch płytach: "Marek Grechuta - Anawa" i "Korowód".
Początek lat siedzemdziesiątych to czas idei hipisowskich.
Miałem długie włosy, kiedy w 1971 roku występowałem w Opolu z "Korowodem". Byłem ubrany w jakieś kolorowe stroje, a nie, jak to było w zwyczaju, w czarny garnitur czy też frak. To był pewnego rodzaju bunt przeciwko rzeczywistości. Pamiętam, że na jednym z festiwali opolskich na początku lat siedemdziesiątych główny dyrektor imprezy kazał artystom ściąć długie włosy, grożąc, że inaczej nie wejdą na scenę. Ale postawili się i wystąpili z długimi włosami.
To wprost nie do uwierzenia, aby kazać dorosłym mężczyznom obcinać włosy.
Ale to były takie czasy, że bano się nawet długich włosów.
Czy hipisowanie w pana przypadku to była zewnętrzna moda, czy raczej coś więcej?
Nie, nie, to nie była tylko moda na kolorowe stroje i koraliki. Przecież przyszła muzyka, festiwal Woodstoock, Bob Dylan, The Beatles. To wszystko wpłynęło w jakiś sposób na naszą muzykę. Przecież płyta "Korowód" jest inna niż "Marek Grechuta - Anawa". Pierwszy longplay to romantyczne piosenki. "Korowód" to songi. A nawet jak w przypadku "Świecie nasz", protest songi.
Jakie środowisko artystyczne funkcjonowało w latach siedemdziesiatych?
Środowisko w tamtych czasach to przede wszystkim Piwnica. Po raz pierwszy wybrałem się z kolegami do Piwnicy na pierwszym roku studiów. Dymny, Litwin, Kwinta, Bułeczka-Kopczewski, Krystyna Zachwatowicz i piosenki wyjatkowe Koniecznego śpiewane przez genialną Ewę Demarczyk. To wszystko zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Byłem w Piwnicy pod Baranami, przeżyciem był już sam fakt bycia w środku, a tu jeszcze Piotr Skrzynecki wprost niezwykły. I cały kabaret niezwykły. Drugim takim silnym doznaniem był koncert Ewy Demarczyk. Pamiętałem ją z festiwalu opolskiego i z Piwnicy, ale jej recital, na który cudem dostałem się do Teatru Kameralnego! Śpiewała wtedy wszystkie swoje piosenki, to było nieprawdopodobne przeżycie. Zostaliśmy przyjaciółmi, i kiedy parę lat później startowałem w eliminacjach do festiwalu piosenki studenckiej, Ewa wstawiła się za mną, gdy część jury była przeciwko mnie.
Nie podobało się to, co i jak pan śpiewał?
Wtedy śpiewający aktorzy byli pewnym wzorem. Odstępstwo od tych kryteriów było dla niektórych nie do przyjęcia. Podejrzewam, że właśnie jurorzy forujący śpiewających aktorów byli przeciwko mnie. A Ewa po prostu stanęła w mojej obronie, i jestem jej do dzisiaj za to ogromnie wdzięczny. Właściwie, gdyby nie ona, nie istniałbym dzisiaj jako artysta. Wystartowałem na szóstym Konkursie Piosenkarzy Studenckich. "Tango Anawa" dostało Grand Prix, a ja jako wykonawca zająłem drugie miejsce za Marylą Rodowicz. Po tym sukcesie zaproszono mnie na festiwal w Opolu, gdzie w 1968 roku piosenka "Serce" dostała Nagrodę Dziennikarzy. I tak się to potoczyło.
Wtedy, gdy powstawały pana pierwsze piosenki, znał pan już repertuar Ewy Demarczyk i to pewnie była ta poprzeczka, którą ustawiliście sobie z Janem Kantym Pawluśkiewiczem.
No właśnie, tak to było. To było przekonanie, że tylko dzięki długiej i mozolnej pracy nad utworem możemy pozostać w historii poezji śpiewanej na dłużej niż tydzień czy dwa. Ten młodzieńczy zapał, przekonanie, że trzeba w piosenki włożyć wszystkie siły twórcze, jak widać, przyniosły efekt.
A wszystko zaczęło się od tamtego Konkursu Piosenkarzy Studenckich w 1967 roku.
Po festiwalu Ewa zaprosiła mnie do Piwnicy. To było kolejne wielkie, ważne przeżycie. Sam piotr Skrzynecki mnie zapowiedział, i ja, człowiek ledwo co debiutujący, znalazłem się na scenie tego wspaniałego kabaretu. Te wspomnienia są dla mnie ogromnie cenne. W 1977 roku Piotr zaprosił mnie na stałe do Piwnicy, i były wieczory, kiedy występowałem ja, Andrzej Warchał i Halina Wyrodek - taki bywał czasami skład!
Prawie dwadzieścia lat śpiewał pan w Piwnicy. Wystąpi pan tam jeszcze?
No, jeżeli mnie ktoś zaprosi, to bardzo chętnie. Na zaproszenie Piwnicy zawsze przyjdę. Przez te ostatnie parę lat pojawiło się w Piwnicy kolejne pokolenie. Młodzież, która ma już tam swoje miejsce. Takie są koleje rzeczy. Po prostu przychodzi nowe pokolenie i ono teraz ma głos. Piwnica lubi świeżą krew.
W 1977 roku zaśpiewał pan na festiwalu w Opolu "Hop, hop szklankę piwa" ze spektaklu Szalona lokomotywa. To było objawienie, szalone objawienie.
Nie była to łatwa piosenka. Pochodziła ze spektaklu Teatru STU "szalona lokomotywa" inspirowanego tekstami Witkacego. Zdobycie nagrody na festiwalu w Opolu bardzo pomogło przedstawieniu. Było dla mnie ważne, że w Opolu, mimo lansowania coraz łatwiejszej, coraz gorszej piosenki, potrafią docenić też trudniejszą formę. To było dla mnie bardzo cenne, że właśnie Witkacy i ta muzyka została nagrodzona. Jury głosowało punktami od 0 do 10 i dostałem wtedy od większości dziesiątkę. Sukces był pełny.
Dla kogo pan pisze piosenki?
Czasami po koncercie przychodzi ktoś do garderoby i mówi, że jakaś moja piosenka pozwoliła mu przetrwać najcięższe chwile w życiu. Dla takich chwil artysta żyje, dla takich chwil tworzy, koncertuje. Takie momenty są najlepszą nagrodą. Oczywiście piszę piosenki też dla siebie, ale przede wszystkim dla publiczności. I to jej reakcja jest najważniejsza, nie recenzje, które raz są takie, raz inne. Moja publiczność jest mi wierna. Już trzydzieści trzy lata chodzi na moje koncerty. I coraz więcej przychodzi na recitale młodzieży, z czego bardzo się cieszę. Teksty piosenek piszę dość długo. Napiszę w dzień w jedną zwrotkę, drugą i leżę już w łóżku, i chcę zasnąć, a tu nasuwają mi się następne, i czasami do drugiej, do trzeciej nie śpię, światło zapalam i zapisuję zwrotki albo je poprawiam. Tak piszę. Nie mam jeszcze wszystkich tekstów do nowej płyty, bo wciąż nie jestem w pełni zadowolony z tych które napisałem. Ciągle jeszcze leżą w szufladzie.
Pracuje pan więc nad nową płytą?
Zatytułowałem ją "Niezwykłe miejsca", i prawdopodobnie ukaże się w przyszłym roku. To płyta opowiadająca o moich ulubionych miejscach w Polsce i na świecie. Ale najważniejszy jest Krakó. Kocham po prostu to miasto, a ono wciąż mnie inspiruje. Tu jest spokój i miejsce na refleksję tak potrzebną sztuce. Towarzystwo dostojnych budynków daje niezwykły dystans do sztuki. To wymusza tworzenie rzeczy godnych, które mogłyby współistnieć w harmonii z miastem. Nigdzie nie ma takiej potęgi, jaka jest w Krakowie. To miasto wspaniałych artystów, i niełatwo zrobić tu pierwszy krok, a cóż dopiero wypracować własny styl! Każdy, to tu zaczyna, po prostu boi się i bardzo się stara zrobić coś najwspanialszego, żeby nie tyle dorównać, co tu się zmieścić. I dlatego pierwsze nasze piosenki były tak wychuchane, dopieszczone, dopracowane, żeby nikt nam nie zarzucił, że to się w ogóle "nie mieści" w Krakowie.
A inne niezwykłe miejsca?
Oprócz Krakowa - Kazimierz nad Wisłą, Zamość, Lanckorona, Nowy Jork, opera w Sydney, Niagara, Wenecja. Tych miejsc niezwykłych, w których powstanie płyta, będzie co najmniej dziesięć. Z każdym z nich wiąże się jakieś wspomnienie. Na przykład w Kazimierzu powstawały, podczas młodzieńczych wakacji, pierwsze moje rysunki.
Niewiele osób wie, że rysowanie jest pana wielką pasją.
To zostało z architektury, pięciu lat intensywnych studiów u pani profesor Krystyny Wróblewskiej. W 1985 roku, przed wyjazdem z Piwnicą do Paryża, przygotowałem kilka drobnych szkiców Krakowa. Później ogarnęła mnie pasja rysowania. Wyjeżdżając z koncertami do Australii, do Stanów, do Europy Zachodniej, zawsze zabierałem sporo rysunków, zwłaszcza tych z widokami Krakowa. Przed recitalami odbywał się wernisaż, a po koncercie aukcja. Publiczność bywała często bardzo zaskoczona, że to moje prace. Na licytacji po ostatnim koncercie w czasie tournee po Australii, tuż przed wyjazdem do Polski, ostał się tylko szkic Bramy Floriańskiej, który na początku w ogóle nie miał powodzenia. Dopiero gdy się okazało, że to ostatni rysunek, rozgorzała walka. Wylicytowana suma była najwyższa ze wszystkich - pięćset dolarów.
Można pana spotkać ze sztalugą na ulicach starego Krakowa?
Teraz trochę rzadziej, aczkolwiek tak.
W mieście mówi się, że wycofał się pan ze środowiska, zniknął z Krakowa.
Nie, to nieprawda, wcale się nie wycofuję, cały czas daję koncerty. W maju miałem w Filharmonii bardzo piękny koncert dla ośmiuset osób, a więc nie jest aż tak źle. Natomiast towarzysko rzeczywiście mniej się udzielam niż dawniej. Nie zastanawiałem się nawet, dlaczego tak się dzieje. Może potrzebuję więcej spokoju?
4 lsitopada 1999.
|